Tommy Victor (Prong)

WywiadMaciej MajewskiTommy Victor (Prong)

Tommy Victor od 37 lat stoi na czele Prong. Grupa wciąż pozostaje aktywna nie tylko wydawniczo, ale i koncertowo. Obecnie zespół jest na trasie z inną legendarną formacją z Nowego Jorku - Life Of Agony, a jednym z jej przystanków był warszawski klub Proxima. Przed koncertem spotkałem się z Tommym, który w ciągu kwadransa opowiedział mi o różnych aspektach działalności Prong, a także o kilku istotnych faktach ze swojego życia prywatnego, które wpłynęły i nadal wpływają na jego codzienną egzystencję.

MM: Od wydania “Zero Days” minęło 6 lat. Co działo się z Prong w tym czasie?

TV: Przede wszystkim zaszły zmiany w moim życiu prywatnym. Ożeniłem się, urodziło się moje kolejne dziecko. Nie planowałem koncertowania w tym czasie, natomiast przyszło mnóstwo zaproszeń na trasy od innych zespołów. Najpierw zaprosili nas Black Label Society. Następnie na kilka koncertów zaprosił nas Glen Danzig. Dzięki temu wdrożyliśmy się na nowo w rytm koncertowy. Potem przyszły jeszcze propozycje od Overkill i teraz ta od Life Of Agony. Pomiędzy tym oczywiście siedziałem w domu i opiekowałem się moim dzieckiem, natomiast w międzyczasie pisałem nowe numery.

MM: Nie mogę nie wspomnieć przy tym o czasie pandemii.

TV: Z tym wiązała się jedna z największych zmian w moim życiu – przeprowadziłem się z Los Angeles z powrotem do Nowego Jorku. Zanim to się jednak stało, pandemia zatrzymała mnie w LA na 8 miesięcy! Nie mogliśmy nic zrobić. Dostawałem już kurwicy od tego ciągłego siedzenia w domu! I choć poświęciłem się ojcostwu, czułem się dużo bardziej ubezwłasnowolniony sytuacją zewnętrzną. Powrót do Nowego Jorku okazał się zbawienny.

MM: Wspomniałeś, że będąc w domu, pisałeś nowe utwory. Kilka dni temu ukazał się pierwszy singiel – „Breaking Point”. Czy to zapowiedź nowej płyty Prong?

TV: Tego nie jestem jeszcze pewien. Mamy plan, by najpierw wydać kilka singli, a potem dopiero pomyśleć o regularnej płycie. Single mogą wychodzić niezależnie - nie będzie miało znaczenia, czy będziemy w trasie, czy nie. Wydanie płyty to większe przedsięwzięcie i wymaga pracy także promocyjnej.

MM: Nie jesteście jedynym zespołem, który obiera taką drogę. Muzyczny biznes i w ogóle promocja muzyki na platformach streamingowych oparta jest obecnie o single.

TV: No właśnie i dlatego chcemy wypuszczać na razie pojedyncze piosenki. Jeśli jednak okaże się, że mamy ich wystarczająco dużo, to wydamy je na płycie. Mimo podpisanego kontraktu z wytwórnią, nie mamy póki co ciśnienia, by wydawać nowy album. W przypadku Prong sytuacja jest jeszcze inna, bo na przykład setlista na obecnej trasie składa się głównie z piosenek z płyty „Cleansing” (wydanej w 1994 roku – przyp.MM). Nasze następne single będą pojawiały się w kolejnych miesiącach bez zbędnego pośpiechu.

MM: Czyli nie gracie „Breaking Point” na koncertach?

TV: Nie możemy go grać, bo nasz nowy bębniarz się go nie nauczył (w tym momencie podchodzi perkusista Jason Bittner i między muzykami wywiązuje dialog: -Przecież nauczyłem się go grać! –Kiedy wsiadaliśmy do busa i ruszaliśmy w trasę, mówiłeś, że nie chcesz go grać, więc teraz nie oponuj!) Jason jest genialnym bębniarzem, natomiast nie mieliśmy zbyt wiele czasu przed trasą, by go przećwiczyć.

MM: Skoro mowa o nowych muzykach – skład Prong na przestrzeni lat zmieniał się wielokrotnie. Czy zakładając zespół w latach 80., spodziewałeś się, że aż tylu muzyków się przez niego przewinie?

TV: Absolutnie nie! Zmiany personalne w zespołach to coś niepotrzebnego, ale czasem – niestety koniecznego. Natomiast zakładając Prong, nie sięgałem zbyt daleko w przyszłość. W ogóle nie wybiegam myślami zbytnio do przodu. Wychodzę z założenia, że co ma być, to będzie. Przez te wszystkie lata wielokrotnie wydawało mi się, że moja kariera dobiegła końca. Na początku działalności zespołu myślałem, że będzie on istniał kilka lat, a potem zajmę się jakąś inną działalnością w obrębie branży muzycznej. Wcześniej pracowałem w klubie CBGB’s, więc wydawało mi się, że wiem, z czym to się wiąże. Później myślałem, że będę pracował w wytwórni płytowej, ale to też nie wypaliło. Chciałem również być producentem muzycznym i pracować jako realizator nagrań. Krótko mówiąc: wiedziałem, że będę się obracał w tej branży, ale nie sądziłem, że dalej będę w zespole. Będąc dzieciakiem, grałem w różnych grupach, ale mając np. 24 lata, myślałem, że ten okres mojej działalności dobiega końca. Kiedyś było tak, że jeśli nie odniosłeś sukcesu, mając 19 lat, to potem było to wręcz niemożliwe. Brałem za przykład The Rolling Stones, czy The Beatles, którzy zaczynali i odnieśli sukces, będąc małolatami.

MM: Nadal jednak prowadzisz Prong.

TV: Tak, ale czuję, że jest to już schyłek mojej działalności na tym polu. Oczywiście nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, bo takie przeczucie mam od lat (śmiech). Chciałbym jednak, by dorobek Prong był doceniany. Może nawet być nielubiany pod kątem muzycznym, ale chcę, by zespół był szanowany za to, że nagrał powiedzmy 20 płyt, nigdy się nie poddał i w miarę regularnie funkcjonował.

MM: Jak zatem widzisz swoją rolę w przyszłości?

TV: Tak jak dotychczas – jako autora teksów, kompozytora, muzyka dającego koncerty. Nie widzę się jednak w roli producenta nagrań Prong. Tę działkę zostawiam innym.

MM: Czym zatem będziesz zajmował się po tej trasie?

TV: Nie wiem i wiem jednocześnie (śmiech). Spodziewamy się z żoną kolejnego dziecka, więc ponownie zajmę się ojcostwem. W związku z tym czeka mnie kolejna przeprowadzka – tym razem przenosimy się z mieszkania do domu na przedmieściach Nowego Jorku. Muszę więc włożyć także sporo pracy w przygotowanie naszego nowego lokum.

MM: Wspomniałeś o dorobku Prong. Na wasze koncerty przychodzi sporo młodych ludzi?

TV: To zależy od tego, z kim gramy. Na tej trasie z Life Of Agony widzę raczej trzydziestolatków i ludzi starszych. Ale docierają do mnie głosy od innych muzyków, którzy opowiadają mi o młodych zespołach, które ich zdaniem brzmią jak Prong. A ja nie jestem pewien, czy te dzieciaki w ogóle wiedzą o istnieniu naszego zespołu (śmiech). Na pewno wiedzą, kto to Gojira, czy Mastodon, ale Prong? Wątpię. Zresztą myślę, że młodzież prędzej skojarzy The Black Crowes, niż na przykład Led Zeppelin. Dwadzieścia lat temu świętej pamięci Wayne Static mówił mi, że był fanem Prong, ale od tego czasu kolejne pokolenia dorosły i nie zaprzątają sobie zbytnio głowy naszym zespołem. I to dlatego zależy mi na tym, by dziedzictwo Prong nie uległo zapomnieniu.

MM: A Twoje dzieci słuchają Prong?

TV: Mam dorosłą córkę. Ma 27 lat i słucha wszelkiej muzyki jaka teraz wychodzi – niekoniecznie tej najlepszej (śmiech). Mój syn natomiast jest już bliżej twórczości Prong. „Breaking Point” mu się podoba, natomiast najczęściej puszczam mu płyty Black Sabbath, AC/DC, czy Led Zeppelin. Bardzo lubi natomiast twórczość Pentagram, czym pozytywnie mnie zaskoczył.

Foto: Wojtek Dobrogojski / FOTOSZOTY

Powiązane materiały