Uniatowski

Sławomir Uniatowski wydała drugi solowy album zatytułowany po prostu: "Uniatowski". Artysta spotkał się z nami i opowiedział między innymi o: kulisach powstania tego wydawnictwa, miłości do muzyki filmowej i reżyserskich debiutach.
GS: Aż 6 lat czekaliśmy na Twój nowy album studyjny, który finalnie ukazał się w roku Twoich 40 urodzin. Czy ta rocznica miała wpływ na termin wydania „Uniatowskiego"?
SU: Nie myślałem o tym albumie jako swojego rodzaju prezencie urodzinowym, ale może być w pewnym sensie można go tak nazwać. Ta płyta miała już wyjść dawno temu, ale na świecie działy się się różne nieciekawe rzeczy i to byłby raczej strzał w kolano. Poza tym: tworzyłem ją z chłopakami, z którymi grałem, ale stwierdziłem, że trzeba to wszystko zmienić. Panowie byli zajęci. Rodziły się dzieci i działy się różne życiowe sytuacje, więc stwierdziłem, że muszę to po prostu zrobić sam. No i w zasadzie prawie wszystko, co było stworzone do tamtej pory wyrzuciłem do kosza, zostawiłem tylko niektóre rzeczy i dograłem większość instrumentów. Zaaranżowałem to na nowo i nagrałem od początku.
GS: Tytuł tego albumu, czyli „Uniatowski" brzmi jak tytuł debiutanckiej płyty. Czy odbierasz ten album jako ponowny debiut?
SU: Myślę, że tak. Ten album pierwotnie miał się nazywać „Wielki Błękit", tak jak jeden z moich ulubionych filmów. Chociaż mało kto już go pamięta.
GS: Nasze pokolenie na pewno zna i pamięta...
SU: Reżyseria Luca Bessona i przepiękna muzyka. No, ale ostatecznie stwierdziłem, że to już nie jest ten album, który tworzyłem z chłopakami i ten tytuł już nie pasuje. Więc stwierdziłem, że zatytułuję go „Uniatowski", bo rzeczywiście czuję, że to jest mój własny album, skoro sam go wyprodukowałem, nagrałem większość instrumentów. Może potem będzie „Uniatowski 2" albo „Uniatowski 10"?
GS: Co cię skłoniło ku temu, poza tymi czynnikami zewnętrznymi, o których wspomniałeś, żeby wziąć się za aranżację i produkcję tej płyty?
SU: Wiedziałem, co chcę osiągnąć na tym albumie i wiedziałem, że nie każdemu da się wytłumaczyć tego, jak ma coś brzmieć od strony technicznej. I ostatecznie jak wszedłem do studia, to mówiłem, że tutaj trzeba dać taki pogłos, a w odpowiedzi słyszałem, że takiego pogłosu się nie da zrobić. No jak się nie da? Wszystko da się zrobić. To był taki główny problem, który rozwiązałem. Pojechałem do studia Mateusza Krautwursta, który ma dużo fajnego sprzętu. I mówiłem mu: „Słuchaj, zróbmy tutaj taki delay, takie echo". Dalej: że to trzeba pociąć, że tylko na tę sylabę dajemy delay, więc to trzeba wyciąć i tak dalej. No, wcześniej nie mogłem tego zrobić, bo był to problem, bo kolega nie łapał, że można coś takiego zrobić. No a tutaj się udawało, więc robiliśmy różne rzeczy eksperymentalne, które nie były oczywiste. No ale potrzeba jest matką wynalazków. Naprawdę jestem bardzo dumny z tej płyty i gdyby ktoś inny w Polsce ją nagrał i posłuchałbym jej, to bym byłbym zazdrosny. Ja wiem, że to tak brzmi troszeczkę nieładnie, ale tak to czuję.
GS: W porównaniu z pierwszym albumem ta płyta wydaje mi się bardziej przestrzenna. Jest w nim więcej przestrzeni, disco, funk, lata 80-te. Czy od początku taki był właśnie Twój zamiar, aby trochę więcej tego światła do tej płyty wpuścić?
SU: Pewnie podobnie jak ja lubisz muzykę z lat 80-tych.
GS: Tak.
SU: No właśnie. Więc na tej płycie słychać te syntezatory. Kocham po prostu muzykę z tamtych czasów. W momencie, kiedy pojawiło się mnóstwo instrumentów takich jak na przykład: Yamaha DX7, KorgM1 i różne Moogi, które były też w latach 70., to dało taką ogromną paletę możliwości, jeżeli chodzi o dźwięki, czasem wręcz kosmiczne. Wtedy był wielki boom na takie brzmienia analogowych syntezatorów. No i myślę, że przekazałem to na tej płycie.
GS: A ja na "Uniatowskim", bardzo wyraźnie słyszę taki zespół jak Jamiroquai...
SU: Na pewno. Chociaż ja się nie sugerowałem konkretnymi artystami, tylko nasiąkłem tym wszystkim artystami i to wszystko wychodziło naturalnie. Jest Jamiroquai, jest zmarły kilka dni temu Quincy Jones, jest David Foster...
GS: Quincy Jonesa poznałeś chyba?
SU: Tak, poznałem Quincy Jonesa. Rozmawiałem z nim. Z Davidem Fosterem z kolei pracowałem przez trzy dni. Graliśmy wspólny koncert. Byłem jedynym facetem z Polski, który z nim śpiewał. Więc była to fantastyczna przygoda. Jedna z najlepszych rzeczy, która mi się przytrafiła w życiu.
GS: Jeśli chodzi o teksty na „Uniatowskim", to część napisałeś ty, ale część m.in. Jacek Cygan, Tomasz Organek, Janusz Onufowicz. Jaki był klucz, według którego dobierałeś tych współpracowników?
SU: Z Januszem już wcześniej współpracowałem. Ja zawsze wysyłam muzykę i tekściarze piszą pod moją muzykę. Janusz jest świetny, jeżeli chodzi o wtapianie słów dokładnie w te sylaby, które wyśpiewałem. Więc ja potem się nie muszę męczyć, żeby zaśpiewać jakieś słowo w melodii, gdzie to słowo się nie mieści. Bo też są tacy tekściarze, którzy tak robią. Podobnie było z Jackiem Cyganem, który napisał przepiękny tekst do mojej muzyki, a dokładnie baśniowej piosenki „Naiwna". Z Tomkiem Organkiem napisaliśmy dwa teksty już bardzo dawno temu i one są też na tej płycie. W mojej szufladzie jest już mnóstwo piosenek, a w głowie to już w ogóle. Dlatego, teraz skupiam się już na trzeciej płycie i postaram się zrobić wszystko żebyście nie musieli na nią aż tyle czekać.
GS: Odnoszę wrażenie, że przez minionych 20 lat byłeś takim trochę artystą „dla innych". Nagrywałeś sporo, ale w duetach lub do różnych projektów. Czy ten nowy album, to też nie jest z Twojej strony próba pokazania, że sam też potrafisz działać na własny rachunek?
SU: Duetów dużo nie nagrałem, w sumie dwa z Marylą Rodowicz...
GS: Ale nagrywałeś dużo pojedynczych utworów na różne projekty. A sam wydałeś zaledwie dwie solowe płyty...
SU: Nie miałem takiego zamiaru, żeby komukolwiek coś udowadniać, ale chciałem zrobić już ciut więcej niż na mojej debiutanckiej płycie „Metamorphosis”, którą wyprodukowaliśmy wspólnie z Rafałem Stępniem. Chcę też robić muzykę filmową, bo kocham filmy, kocham Ennio Morricone, Disneya i muzykę z tamtych bajek co potwierdziłam własnym udziałem w jednej z nich – „Viana - Skarb Oceanu” wykonując utwór “Twoje ja”.
GS: A skąd pomysł na wykorzystanie fragmentów całkowicie zapomnianego filmu „Milczącąca Gwiazda" w klipie do „Lie To Me"?
SU: To jest polsko-enerdowska produkcja na podstawie książki Lema. Film sam w sobie jest słaby. Nawet Lem powiedział, że to „paździerz". Ale wyciągnąłem z niego fajne sceny, podkoloryzowałem je, żeby ten kolor był bardziej żywy i pasował do tego teledysku, niestety sam film też nie był już najlepszej jakości. Chciałem w kilku momentach użyć AI do tego, żeby bohaterka, która tam gra, ruszała ustami, śpiewała, mówiła to, co ja śpiewam, a ponieważ AI nie było sobie w stanie sobie z tym poradzić a czas nas naprawdę naglił to cieszę się że udało się to chociaż w jednym momencie, gdy śpiewam „Where is the limit?". I tam ta Japonka, to rzeczywiście śpiewa. A więc klipy do „Lie to me” i „Drinking about you” to moje własne pomysły przełożone na obraz. Tak więc debiut reżyserski mam już poniekąd też za sobą, bo jako aktora mogliście mnie oglądać w serialu ‘“M jak miłość” gdzie przez jakiś czas wcielałem się w Leszka - partnera Asi, którą grała Barbara Kurdej-Szatan. A wracając do „Drinking About You”, utwór jak i teledysk, który jest animowany miał swoją premierę w Dniu Bobra czyli 7 kwietnia i opowiada o miłości między dwiema bobrzycami i panem bobrem, który o północy zamienia się w bestię. Oprócz tego są w nim jeszcze ukryte przesłanki o których pierwszy raz opowiadam publicznie takie jak np. odwrócona godzina śmierci papieża na zegarku, czyli narodziny szatana (śmiech).
GS: Czemu na Twoich płytach część piosenek jest po polsku a część po angielsku?
SU: Lubię śpiewać w różnych językach, np. po włosku czy francusku. To też piękne języki ale niestety za mało je znam bym mógł się nimi posługiwać w bezpośredniej komunikacji chociaż to by mi czasami naprawdę pomogło - w tym roku np. o mały włos nie wylądowałem na Olimpiadzie w Paryżu - ale to już historia na następne spotkanie.


