Whispering Sons

Belgijska grupa Whispering Sons w lutym wydała swój trzeci album zatytułowany „The Great Calm”. Po drodze jednak przeszła dość zaskakujące roszady w składzie. Jak to wpłynęło na zespół i czy miało wpływ na nowy materiał? O tym opowiedziała mi wokalistka i autorka tekstów, Fenne Kuppens.
MM: Zmienił się skład Whispering Sons. Perkusista Sander Pelsmaekers musiał zrezygnować z grania muzyki po uszkodzeniu nerwów. Na jego miejsce wszedł basista Tuur Vandeborne, a wasz wieloletni dźwiękowiec i producent - Bert Vliegen przejął bas. To dość nieoczywiste roszady.
FK: (śmiech) Tak. Problemy Sandera sprawiły, że musieliśmy znaleźć szybko nowego perkusistę. I dlatego dość niespodziewanie Tuur zaczął grać na bębnach. Mimo iż wiedział, jak grać, zaczął dość ostro ćwiczyć, a nawet pobierać lekcje gry. Bert przejął bas, co także wiele ułatwiło. Zaczęliśmy się wdrażać w nowym składzie. Patrzyłam na to wszystko z niemałym zdziwieniem. Później zaczęliśmy grać koncerty, a Sander został naszym tour menedżerem na moment. Co więcej – nadal pomagał przy pisaniu nowego materiału. A teraz przejął rolę klawiszowca (śmiech). Z boku może wydawać się to dziwne, bo tylko ja i Kobe (Lijnen, gitarzysta zespołu, przyp. MM) zachowaliśmy nasze funkcje. Nie mamy pojęcia, jak to będzie wyglądało w przyszłości.
MM: Domyślam się zatem, że praca nad „The Great Calm” była jeszcze bardziej kolektywna, niż w przypadku poprzednich wydawnictw?
FK: Zdecydowanie. Kolektywna, ale też bardzo osobista. Musieliśmy podjąć mnóstwo decyzji, więc toczyło się bardzo dużo rozmów między nami. Wszyscy wzajemnie pomagaliśmy sobie przy tej płycie. Sander pomagał Tuurowi przy partiach perkusji. Kobe, od którego wyszło większość pomysłów na piosenki, pracował z Bertem, który – jak wspomniałeś – jest także producentem. Obaj układali je strukturalnie i aranżacyjnie. Ja dostawałam już gotowe utwory, do których pisałam teksty i tworzyłam linie wokalne.
MM: Podobno pierwszy tekst napisałaś do utworu „Cold City”?
FK: To prawda. Natomiast stała się też inna rzecz. Kiedy miałam już go napisany, sięgnęłam po tomik wierszy amerykańskiej poetki Louise Glück. Zorientowałem się, że ona pisała o podobnych rzeczach i używała podobnych skojarzeń i obrazów, jak ja w „Cold City”. Jej wiersze w jakimś stopniu zainspirowały także pozostałe teksty, które napisałam na ten album. Utwierdziły mnie w przekonaniu, że pisząc swoje teksty, zmierzam we właściwym kierunku. Myślę, że był to szczęśliwy zbieg okoliczności.
MM: Pytam, bo początek płyty wydaje mi się dość hipnotyczny. I brzmi jak soundtrack do snu. Dopiero od „Cold City” całość nabiera nieco bogatszych barw. Natomiast jestem ciekaw, czy zmieniłaś coś w swoim podejściu do śpiewania w porównaniu do poprzednich dwóch płyt?
FK: (długa cisza) Nie wiem, czy była to świadoma decyzja, ale chciałam spróbować zaśpiewać inaczej, niż na poprzednich płytach. Myślę, że cały czas jestem w procesie zmiany pod tym względem i szukania jak najbardziej ciekawych rozwiązań wokalnych dla siebie. „The Great Calm” wydaje mi się dobrym początkiem takich działań. Zresztą tym razem nagraliśmy inaczej wokale. Brzmią moim zdaniem znacznie cieplej i są też bardziej na froncie, niż na poprzednich dwóch płytach, na których są one nieco schowane i dość jednostajne. I zgadzam się z Tobą, że ta płyta jest bogatsza muzycznie. Stworzyliśmy wiele różnych nastrojów, co daje nam duże pole do działania w przyszłości.
MM: Ta zmiana dynamiki w zespole jakoś na Ciebie wpłynęła?
FK: Hmm, trudne pytanie i nie wiem, czy jestem w stanie na nie odpowiedzieć tak, jak tego oczekujesz… Odpowiem za wszystkich: jesteśmy zespołem od 10 lat. Wiele razem przeszliśmy. Myślę, że te zmiany w składzie paradoksalnie nas do siebie zbliżyły. Poza tym dorośliśmy jako ludzie i muzycy. Lepiej się teraz ze sobą komunikujemy.
MM: A czy wszystkie te nastroje, które wykreowaliście były w zgodzie z Wami, czy też któreś są na przykład formą eksperymentu?
FK: Warunkiem musiało być nasze przekonanie, że dana piosenka jest wystarczająco dobra, by mogła znaleźć się na płycie. Ale na przykład o utwór „Try Me Again” toczyliśmy spór, bo do końca nie wiedzieliśmy, co z nim zrobić. Niektórzy go lubili, niektórzy nie. Mnie na przykład wydawał się na początku zbyt bombastyczny (śmiech). Dopiero z czasem nabrałam do niego przekonania, a na żywo zyskał jeszcze nowe znaczenia. Najbardziej jednak wyróżnia się „Oceanic”, który jest zupełnie czymś innym od tego, co robiliśmy do tej pory. Jest bardzo minimalistyczny, a do tego jest piosenką miłosną. Okazało się jednak, że ma swoje miejsce na płycie i bardzo do niej pasuje.
MM: „The Great Calm” wyszedł w lutym. Co czuliście, gdy się ukazał?
FK: Przede wszystkim wydanie go zajęło mnóstwo czasu. Skończyliśmy go rok wcześniej i czekaliśmy aż wreszcie będzie mógł się ukazać. Musieliśmy się dostosować do planów wydawniczych naszej wytwórni. Zdaliśmy się na nich pod kątem marketingowym. Nie mogliśmy z tym nic zrobić, tylko czekać na termin wyznaczony przez wytwórnię. Czekanie było dość frustrujące. Kiedy więc płyta wreszcie się ukazała, poczuliśmy ulgę, bo wreszcie mogliśmy zacząć koncertować z tym materiałem. Poza tym ciężko było się zabrać za pisanie czegoś nowego, dopóki nie wypuściliśmy w świat tego, czemu poświęciliśmy tyle czasu i energii wcześniej.
MM: Zagracie trzykrotnie w Polsce: 12 października w Krakowie, 13 w Warszawie i 20 w Poznaniu. Skąd ta przerwa między drugim i trzecim koncertem?
FK: Szczerze mówiąc, nie wiem. Musiał byś zapytać naszego tour menedżera. Podejrzewam, że łatwiej było to ułożyć logistycznie, bo pomiędzy tym gramy w Niemczech.
MM: Zagracie cały materiał z „The Great Calm”?
FK: Tak, poza „Oceanic”, bo ciężko nam go wykonywać w partiach klawiszy. Chcemy pokazać naszym słuchaczom, jacy jesteśmy tu i teraz, a nowa płyta do tego nadaje się najlepiej.
12.10. Kraków, Zaścianek
13.10. Warszawa, BARdzo Bardzo
20.10. Poznań, Pod Minogą
Informacje o biletach na www.winiarybookings.pl


