Wojciech Pilichowski

WywiadMaciej MajewskiWojciech Pilichowski
Wojciech Pilichowski

Wirtuoz gitary basowej, aranżer, a do tego rozchwytywany muzyk sesyjny. Od lat nagrywa z czołówką polskiej muzyki rozrywkowej i nie tylko. Twórczość solowa to jednak wciąż bardzo ważny punkt jego działalności. O płycie „Electro Step”, będącej rejestracją koncertową materiału z albumu „Intro” porozmawiałem z Wojciechem Pilichowskim.

MM: Czym właściwie jest „Electro Step”? Bo mam wrażenie , że to materiał z „Intro” nagrany na żywo. Podobną woltę zrobiłeś z „Fair Of Noise”.

WP: Dokładnie tak. To jest materiał z „Intro” nagrany na żywo z kilkoma dodatkowymi utworami ze starszych płyt. Taki mashup. Chodziło o pokazanie ewolucji muzyki z „Intro”.

MM: Na „Intro” zmieniłeś skład. Nie ma Artura Twarowskiego. Radek Owczarz też już z Tobą nie gra. Są dalej Tomek Świerk i Tomek Machański. Czemu do tego doszło? Tamci muzycy nie byli w stanie zrealizować twojej wizji fusion i electro?

WP: Radek nie gra już z nami od 6 lat. To było bardzo dynamiczne i intensywne kilka wspólnych lat. Doszło do zmęczenia materiału po obu stronach, więc zmiany składu są naturalne.

MM: W „Sensation” słyszymy cytat z „Thrillera” Michaela Jacksona. Na płycie są też m.in. „Running Up That Hill” Kate Bush, czy „Enjoy The Silence”, które było też na „Intro”. A skąd się wzięło „Let’s Go” Methods Of Mayhem?

WP: Dużym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie wersji tego utworu, którą zrobili ze Skrillexem, wtedy jeszcze nieznanym pod tym pseudonimem. W ogóle Methods Of Mayhem dał mi dużo do myślenia… To jest zespół trochę zapomniany, bo ich pierwszy album jest już dość leciwy. W latach 80., które pamiętam, płyty mające 10 lat wcale nie były stare. A dziś płyta, która ma 2, 3 lata już jest uznawana za starą… Poza tym tak naprawdę korzystanie z cudzej twórczości nie jest niczym nowym. W latach 40. I 50. muzycy jazzowi często sięgali po swoje kawałki nawzajem. Traktuję to jako wzajemne napędzanie się i robienia w muzyce fusion tego, czego jeszcze nie było.

MM: No i ten Prokofiew.

WP: Początkowo miał tam być fragment V Symfonii Beethovena. Ale ze ze Świdrem, z którym przygotowywaliśmy się do „Intra” uznaliśmy, że lepszy będzie Prokofiew.

MM: A swoją drogą - dobrze Ci się gra tzw. covery?

WP: To zależy. Nigdy nie będę grał cudzych utworów w skali 1 do 1. Akurat te kawałki, które są na „Electro Step” chciałem zrobić. Ale kiedy gdzieś tam cytuje się twórczość innych artystów, to muzyka fusion nabiera charakteru remixu.

MM: A te popisy w „Rifokoście” na bębnach?

WP: Na „Intrze” nie ma tej solówki. Zresztą na tym albumie chodziło o to, aby uciec od fushion. Żeby zaprząc do tego żywe instrumenty, które będą zarazem posłuszne aranżacji. A grając na żywo jesteśmy w stanie pozwolić sobie na te popisy, więc na „Electro Step” to zarejestrowaliśmy.

MM: Cały czas zastanawiam się, jak daleko możesz rozwinąć swoją muzykę. No bo przecież wiemy, że potrafisz zagrać wszystko…

WP: Dla mnie cała frajda polega też na tym, że nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Czas pokaże. Są ludzie, którzy całą swoją twórczość traktują z pewnym namaszczeniem i powagą, a są też tacy muzycy, którzy lubią się po prostu świetnie bawić. Z drugiej strony można się też dobrze czuć słuchając ballady, która nie koniecznie służy do podrygiwania, a właśnie do zasłuchania się. Ja akurat swoją twórczość dzielę. Na moich płytach zabawa przeważa, ale to nie jest jedyna formuła, z której korzystam w swojej twórczości?

MM: Co dalej?

WP: Wracam w lutym ze Stanów na kolejne warsztaty w Jaworkach i we Wrocławiu, a potem kolejne koncerty z bandem. W ostatnim tygodniu marca wylatuje ponownie do Stanów, ale już na Wschodnie Wybrzeże i tam do połowy kwietnia nagrywam kolejne sesje.

MM: Dziękuję za rozmowę.