Voo Voo
Grupa Voo Voo, mimo wieloletniego stażu scenicznego i wydawniczego, nadal poszukuje swoich własnych dróg artystycznej ekspresji. Nie inaczej jest na najnowszej, dwudziestej dziewiątej (!) płycie w dorobku zespołu - „Premiera”. O jej licznych niuansach, a także o zerkaniu w stronę tradycji muzycznych opowiedział mi spiritus movens zespołu – Wojciech Waglewski.
MM: Nie po raz pierwszy słychać, że płyta Voo Voo to jest takie zespołowe ‘tu i teraz’, natomiast słuchając „Premiery”, odnoszę wrażenie, że we własnej formule otworzyliście furtkę jeszcze szerzej. Mimo iż twierdzi Pan, że nie gracie jazzu, to ta płyta jazzowo ‘idzie’.
WW: Powiem szczerze, że dziś nie wiem, czy nie nagrywamy jazzu. Mój sentyment wynika chyba z tego, że jestem z pokolenia, które się jazzem interesowało. Zdarzały się kolaboracje muzyków jazzowych z bigbitowymi, choć niektórzy jazzmani różnie postrzegali taką muzykę. Niektórzy się na przykład się jej wstydzili, jak Zbigniew Namysłowski, który nie chciał grać z Niemenem. Jednak kolaboracja jazzu z bigbitem sprawiła, że ta muzyka jest stała się ponadczasowa. Poza tym jazz daje możliwość improwizowania. Kiedyś się improwizowało także w muzyce rockowej, a na koncerty chodziło się, by posłuchać nie tylko całego zespołu, ale i poszczególnych muzykantów. To jest moja tradycja. Gram swoje, ale raczej jest to rockowe. I choć zdarzają się jakieś tam jazzujące historie, wydaje mi się, że najlepiej jest, gdy każdy z nas gra swoje. Bryndal jest wykwalifikowanym jazzmenem, Karim także, a Mateusz to już w ogóle kosmita. To tworzy taki konglomerat, gdzie te wszystkie nasze doświadczenia się po prostu łączą.
MM: A kto wymyślił, żeby to nagrywać w studiu Boogie Town?
WW: To się właściwie samo wymyśliło, chociaż ja nagrywałem tam już wcześniej jakieś rzeczy, a potem to studio polecił mi Emadziak. Płytę zaczęliśmy jednak w studiu S4 na Woronicza, jak zwykle. A w Boogie Town jest fantastycznie. Jest zupełnie inny oddech. To bardzo estetyczne studio i świetnie się tam pracuje.
MM: I rzeczywiście rejestrowaliście po kilka wersji poszczególnych utworów? Myślałem, że po płycie „Koledzy” nagranej z Maćkiem Maleńczukiem, zarzucił Pan grania tylu wersji.
WW: Przy „Kolegach” Maleńczuk chciał nagrywać jak najwięcej wersji. Dopiero później dał się przekonać, że to nie ma sensu, bo nic więcej poza trzy pierwsze się nie urodzi. I podobnie zrobiliśmy z tą płytą. Wcześniej robiliśmy sobie jednak próbę, żeby każdy wiedział, o co chodzi. Nagraliśmy je, każdy sobie z nimi pochodził i w spokoju posłuchał, jak to ma być. I zazwyczaj jest tak, że w przypadku Voo Voo przechodzi pierwsza wersja, którą rejestrujemy na czysto. Nawet jeśli jest jakaś skucha - a na tej płycie jest jedna - na tyle dla nas ciekawska, że ją zostawiliśmy. Nawet na koncertach gramy ją w ten sposób. Dzięki temu ta wersja żyje. To nie jest nic nowego. Nick Cave nagrywając jedną ze swoich ostatnich płyt, nagrywali z zespołem bez metronomu. I potem na żywo te wersje również zachowywały płynność. A wracając do tej jazzowej filozofii – nagraliśmy „Premierę” tak, jakbyśmy grali koncert: najpierw pięć utworów z rzędu, potem trzy i jeden na koniec. I pierwotnie właśnie w takiej formie jeden do jednego chcieliśmy je opublikować. Doszliśmy jednak do wniosku z Emadziakiem, że wyszłaby z tego ściema, bo słychać byłoby różnice w przestrzeniach, czy więcej kompresji itd. Niemniej to, co jest jednak zaletą grania na żywo, to właśnie te wszystkie niuanse na żywo, jak chociażby solówka Bryndala w „Bez saxu”.
MM: Wiem, że tekstowo zaczyna Pan coraz bardziej upraszczać środki wyrazu. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby Voo Voo stało się kiedyś zespołem wyłącznie instrumentalnym.
WW: Ja z tej rozpaczy już zacząłem dawać głos, bo robienie muzyki rockowej bez głosu ludzkiego nie ma sensu. Były w przeszłości zespoły tego typu, jak Wishbone Ash, ale to była kompletna porażka. W rock and rollu musi być komunikat. Nie chodzi o czystość głosu - bo przecież większość śpiewaków rockowych ma chropowate głosy - lecz o przekaz. Nie wyobrażam sobie zupełnie pozbawić się możliwości śpiewania. Rock to jest jednak opowieść słowno-muzyczna.
MM: Na płycie udzielają się dwie Panie: Hania Rani i Masha Natanson. Czemu partia wokalna tej drugiej jest taka krótka?
WW: No bo tak (śmiech). Nie byłem pewny, czy to powinno być dłuższe. Z Mashą spotkaliśmy się wcześniej na koncertach i fantastycznie nam się razem pracowało. Milo Kurtis wziął ją do swojego zespołu MILO Ensemble, gdzie ma mnóstwo pola do popisu. „Łajba” z jednej strony miała być trochę kontynuacją tej współpracy z Alimem Qasimovem sprzed kilku lat. Z drugiej zaś Wojtek Mazolewski zrobił mi dwudziestominutowy wykład o tym, że ta piosenka jest historią muzyki w ogóle – od Tuaregów po Led Zeppelin. Chodziło nam jednak o zachowaniu proporcji, więc nikt w tym utworze za bardzo nie pośpiewał (śmiech).
MM: To się przypadkiem stało, że od numeru szóstego tytuły utworów zaczynają od ‘bez’?
WW: Troszkę tak. Te utwory miały stanowić jedną całość. Początkowo nawet cała płyta miała się nazywać „Bezruch”, ale wydało mi się to dołujące. Stąd „Premiera” jako trochę kontynuacja „Płyty z muzyką” bez dodawania gęby. Ale ponieważ pierwotny pomysł na to, żeby to była jakaś całość przetrwał, tym trzonem stały się te początkowe ‘bez’ w tytułach. Tak się z tym rozpędziłem z tytułowaniem kolejnych utworów, że ułożyły się właśnie od szóstego do końca w ten sposób. Podobną zabawę zrobiłem przed laty na „Sno-powiązałce”, gdzie częściowo w tytułach było zaszyta wariacja słowa ‘sen’.
MM: To też nasuwa kolejne pytanie: jak to będzie podzielone na winylu? Od „Łajby”, czy od „Beskidu”?
WW: Nie mam zielonego pojęcia (śmiech). Byłoby fajnie tak to podzielić, ale rzeczywiście trzeba by to policzyć.
MM: Abstrahując od tradycji, o której Pan wspomniał na początku: czy jest dziś jakieś zjawisko w muzyce, które Panem wewnętrznie drga?
WW: Drgają we mnie wszystkie te zjawiska, które głęboko wnikają w tradycję. Generalnie im bardziej wydawałoby się awangardowa muzyka, tym wyraźniej słychać w niej powrót do korzeni. Tak jest np. z transem, czy minimalem. Zmiany dotyczą technologii, ale i ona wraca nieustannie do korzeni, jeśli chodzi o instrumenty, techniki nagraniowe, skale itd. To mnie najbardziej fascynuje i nieustannie to śledzę, bo daje to wiedzę o tym, jakie elementy muzyki starzeją się w wyniku ewolucji gustów. Na przykład totalnie zestarzał się patos. To bardzo pouczające.
MM: Dziękuję za rozmowę.
Foto: Grzegorz Szklarek




