Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyVoo Voo
Voo Voo

Voo Voo

Wywiad15.01.2023Maciej MajewskiWojciech Waglewski

Grupa Voo Voo, mimo wieloletniego stażu scenicznego i wydawniczego, nadal poszukuje swoich własnych dróg artystycznej ekspresji. Nie inaczej jest na najnowszej, dwudziestej dziewiątej (!) płycie w dorobku zespołu - „Premiera”. O jej licznych niuansach, a także o zerkaniu w stronę tradycji muzycznych opowiedział mi spiritus movens zespołu – Wojciech Waglewski.

MM: Nie po raz pierwszy słychać, że płyta Voo Voo to jest takie zespołowe ‘tu i teraz’, natomiast słuchając „Premiery”, odnoszę wrażenie, że we własnej formule otworzyliście furtkę jeszcze szerzej. Mimo iż twierdzi Pan, że nie gracie jazzu, to ta płyta jazzowo ‘idzie’.

WW: Powiem szczerze, że dziś nie wiem, czy nie nagrywamy jazzu. Mój sentyment wynika chyba z tego, że jestem z pokolenia, które się jazzem interesowało. Zdarzały się kolaboracje muzyków jazzowych z bigbitowymi, choć niektórzy jazzmani różnie postrzegali taką muzykę. Niektórzy się na przykład się jej wstydzili, jak Zbigniew Namysłowski, który nie chciał grać z Niemenem. Jednak kolaboracja jazzu z bigbitem sprawiła, że ta muzyka jest stała się ponadczasowa. Poza tym jazz daje możliwość improwizowania. Kiedyś się improwizowało także w muzyce rockowej, a na koncerty chodziło się, by posłuchać nie tylko całego zespołu, ale i poszczególnych muzykantów. To jest moja tradycja. Gram swoje, ale raczej jest to rockowe. I choć zdarzają się jakieś tam jazzujące historie, wydaje mi się, że najlepiej jest, gdy każdy z nas gra swoje. Bryndal jest wykwalifikowanym jazzmenem, Karim także, a Mateusz to już w ogóle kosmita. To tworzy taki konglomerat, gdzie te wszystkie nasze doświadczenia się po prostu łączą.

MM: A kto wymyślił, żeby to nagrywać w studiu Boogie Town?

WW: To się właściwie samo wymyśliło, chociaż ja nagrywałem tam już wcześniej jakieś rzeczy, a potem to studio polecił mi Emadziak. Płytę zaczęliśmy jednak w studiu S4 na Woronicza, jak zwykle. A w Boogie Town jest fantastycznie. Jest zupełnie inny oddech. To bardzo estetyczne studio i świetnie się tam pracuje.

MM: I rzeczywiście rejestrowaliście po kilka wersji poszczególnych utworów? Myślałem, że po płycie „Koledzy” nagranej z Maćkiem Maleńczukiem, zarzucił Pan grania tylu wersji.

WW: Przy „Kolegach” Maleńczuk chciał nagrywać jak najwięcej wersji. Dopiero później dał się przekonać, że to nie ma sensu, bo nic więcej poza trzy pierwsze się nie urodzi. I podobnie zrobiliśmy z tą płytą. Wcześniej robiliśmy sobie jednak próbę, żeby każdy wiedział, o co chodzi. Nagraliśmy je, każdy sobie z nimi pochodził i w spokoju posłuchał, jak to ma być. I zazwyczaj jest tak, że w przypadku Voo Voo przechodzi pierwsza wersja, którą rejestrujemy na czysto. Nawet jeśli jest jakaś skucha - a na tej płycie jest jedna - na tyle dla nas ciekawska, że ją zostawiliśmy. Nawet na koncertach gramy ją w ten sposób. Dzięki temu ta wersja żyje. To nie jest nic nowego. Nick Cave nagrywając jedną ze swoich ostatnich płyt, nagrywali z zespołem bez metronomu. I potem na żywo te wersje również zachowywały płynność. A wracając do tej jazzowej filozofii – nagraliśmy „Premierę” tak, jakbyśmy grali koncert: najpierw pięć utworów z rzędu, potem trzy i jeden na koniec. I pierwotnie właśnie w takiej formie jeden do jednego chcieliśmy je opublikować. Doszliśmy jednak do wniosku z Emadziakiem, że wyszłaby z tego ściema, bo słychać byłoby różnice w przestrzeniach, czy więcej kompresji itd. Niemniej to, co jest jednak zaletą grania na żywo, to właśnie te wszystkie niuanse na żywo, jak chociażby solówka Bryndala w „Bez saxu”.

MM: Wiem, że tekstowo zaczyna Pan coraz bardziej upraszczać środki wyrazu. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby Voo Voo stało się kiedyś zespołem wyłącznie instrumentalnym.

WW: Ja z tej rozpaczy już zacząłem dawać głos, bo robienie muzyki rockowej bez głosu ludzkiego nie ma sensu. Były w przeszłości zespoły tego typu, jak Wishbone Ash, ale to była kompletna porażka. W rock and rollu musi być komunikat. Nie chodzi o czystość głosu - bo przecież większość śpiewaków rockowych ma chropowate głosy - lecz o przekaz. Nie wyobrażam sobie zupełnie pozbawić się możliwości śpiewania. Rock to jest jednak opowieść słowno-muzyczna.

MM: Na płycie udzielają się dwie Panie: Hania Rani i Masha Natanson. Czemu partia wokalna tej drugiej jest taka krótka?

WW: No bo tak (śmiech). Nie byłem pewny, czy to powinno być dłuższe. Z Mashą spotkaliśmy się wcześniej na koncertach i fantastycznie nam się razem pracowało. Milo Kurtis wziął ją do swojego zespołu MILO Ensemble, gdzie ma mnóstwo pola do popisu. „Łajba” z jednej strony miała być trochę kontynuacją tej współpracy z Alimem Qasimovem sprzed kilku lat. Z drugiej zaś Wojtek Mazolewski zrobił mi dwudziestominutowy wykład o tym, że ta piosenka jest historią muzyki w ogóle – od Tuaregów po Led Zeppelin. Chodziło nam jednak o zachowaniu proporcji, więc nikt w tym utworze za bardzo nie pośpiewał (śmiech).

MM: To się przypadkiem stało, że od numeru szóstego tytuły utworów zaczynają od ‘bez’?

WW: Troszkę tak. Te utwory miały stanowić jedną całość. Początkowo nawet cała płyta miała się nazywać „Bezruch”, ale wydało mi się to dołujące. Stąd „Premiera” jako trochę kontynuacja „Płyty z muzyką” bez dodawania gęby. Ale ponieważ pierwotny pomysł na to, żeby to była jakaś całość przetrwał, tym trzonem stały się te początkowe ‘bez’ w tytułach. Tak się z tym rozpędziłem z tytułowaniem kolejnych utworów, że ułożyły się właśnie od szóstego do końca w ten sposób. Podobną zabawę zrobiłem przed laty na „Sno-powiązałce”, gdzie częściowo w tytułach było zaszyta wariacja słowa ‘sen’.

MM: To też nasuwa kolejne pytanie: jak to będzie podzielone na winylu? Od „Łajby”, czy od „Beskidu”?

WW: Nie mam zielonego pojęcia (śmiech). Byłoby fajnie tak to podzielić, ale rzeczywiście trzeba by to policzyć.

MM: Abstrahując od tradycji, o której Pan wspomniał na początku: czy jest dziś jakieś zjawisko w muzyce, które Panem wewnętrznie drga?

WW: Drgają we mnie wszystkie te zjawiska, które głęboko wnikają w tradycję. Generalnie im bardziej wydawałoby się awangardowa muzyka, tym wyraźniej słychać w niej powrót do korzeni. Tak jest np. z transem, czy minimalem. Zmiany dotyczą technologii, ale i ona wraca nieustannie do korzeni, jeśli chodzi o instrumenty, techniki nagraniowe, skale itd. To mnie najbardziej fascynuje i nieustannie to śledzę, bo daje to wiedzę o tym, jakie elementy muzyki starzeją się w wyniku ewolucji gustów. Na przykład totalnie zestarzał się patos. To bardzo pouczające.

MM: Dziękuję za rozmowę.

Foto: Grzegorz Szklarek

Powiązane materiały

Powiązane materiały

VooVoo z Darią Ze Śląska tylko "Na Moment"
News27.02.2026

VooVoo z Darią Ze Śląska tylko "Na Moment"

„Na moment” to trzeci singiel zapowiadający najnowszy album Voo Voo „Dźwięczność”, którego premiera zaplanowana jest na 27 marca. Utwór łączy charakterystyczne, organiczne brzmienie zespołu z ciepłą, emocjonalną wrażliwością i wyraźnie pozytywnym, budującym wydźwiękiem.

VOO VOO ogłasza start pre-orderu nowej płyty
News17.01.2026

VOO VOO ogłasza start pre-orderu nowej płyty

„Ulatam” to drugi singiel zespołu Voo Voo zapowiadający nadchodzący album grupy.

VooVoo zapowiada nowy album
News14.11.2025

VooVoo zapowiada nowy album

Zespół Voo Voo pracuje nad nowym albumem, którego premiera przewidziana jest na pierwszy kwartał 2026 roku.

Voo Voo / Warszawa, Stodoła / 18.10.2023
Galeria17.08.2023

Voo Voo / Warszawa, Stodoła / 18.10.2023

Grupa Voo Voo zagrała w wypełnionej do ostatniego miejsca warszawskiej Stodole w ramach trasy promującej płytę "Premiera".