Zagi

Pochodząca z Włodawy, a stacjonująca w Warszawie wokalistka Zagi przygotowała pierwszy album studyjny, który ukaże się wiosną przyszłego roku nakładem wytwórni Warner Music Poland. Z tej okazji Zagi udzieliła nam krótkiego wywiadu.
- Na początku przyszłego roku ukaże się Twój nowy album zatytułowany „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni”. Skąd pomysł na taki tytuł płyty?
- Było mi bardzo ciężko zamknąć w jednym zdaniu czy słowie 12 utworów, które powstawały na przestrzeni bardzo długiego czasu. Obliczyłam więc, ile mniej minęło zanim udało mi się je zamknąć na krążku. I tak powstał tytuł.
- Debiutancki album wydasz blisko 10 lat od rozpoczęcia kariery muzycznej. Dlaczego musieliśmy czekać aż tyle czasu na to wydawnictwo?
- Bardzo mi zależało, aby to było wyjątkowe wydarzenie, przełom w życiu, chciałam też dotrzeć z tą płytą gdzieś dalej. Wcześniej grałam w różnych zespołach, dużo się przeprowadzałam, nie miałam na to ani czasu ani możliwości. Co najważniejsze, nie miałam zespołu, z którym mogłabym nagrać te piosenki, a od samego początku wiedziałam, że te utwory będą przestrzenne i rozbudowane aranżacyjnie. Dlatego chciałam poczekać na odpowiedni moment. W końcu nadszedł, razem z odpowiednimi ludźmi na mojej drodze.
- Masz na koncie wydane własnym sumptem dwa mini albumy (w tym demo „Kilka Słów o Miłości”), a nową płytę wyda wytwórnia Warner Music Poland. Jak doszło do Twojej współpracy z tym labelem?
- Tak naprawdę zawdzięczam to przypadkowi. Podpisanie kontraktu z Warnerem nie miałoby miejsca gdyby nie mój manager. Ja nigdy nie myślałam, że uda mi się kiedyś podpisać kontrakt z wielką wytwórnią i nie wiedziałam, co tak naprawdę mam jeszcze zrobić i gdzie się udać, żeby ktoś się w końcu zainteresował. Pisałam dziesiątki piosenek tygodniowo, grałam dużo koncertów, a wciąż stałam w tym samym miejscu.
Moja współpraca z Robertem Kurpiszem to również przypadek, a może przeznaczenie? (śmiech). Przez wiele lat zajmowałam się sama swoją promocją i organizacją koncertów. W pewnym momencie postanowiłam pójść krok dalej i wysłać kilka maili do menadżerów znanych artystów z propozycją zagrania supportów. Wysłałam między innymi maila z pytaniem o możliwość zagrania takiego koncertu przed Melą Koteluk. Doszło do mojego spotkania z Robertem i Izą (z supportem dla Meli musiałam co prawda jeszcze poczekać trochę ponad rok, aż Mela sama zapytała mnie, czy nie chciałabym zagrać przed nią w Stodole). Robert na tym spotkaniu złożył mi propozycję współpracy. Dostarczyłam mu około 60 moich nagrań w wersjach demo, wybraliśmy swoich faworytów, wzięliśmy je na warsztat razem z Tomkiem „Serkiem” Krawczykiem, po czym Robert przekazał je dalej do Warnera. Po przesłuchaniu kilkunastu numerów wytwórnia zdecydowała się ze mną współpracować.
- Jak wyglądała praca w studiu nagraniowym pod skrzydłami takiego giganta fonograficznego jak Warner?
- Przede wszystkim w końcu mogłam wejść do porządnego studia nagraniowego i zarejestrować muzykę tak jak należy - na „żywych” instrumentach. Moje pierwsze 2 mini albumy nagrałam w domu, a większość instrumentów była z komputera. Zanim doszło do podpisania kontraktu z Warnerem, przez rok siedzieliśmy w domowym studio u Roberta razem z gitarzystą Tomkiem „Serkiem” Krawczykiem (Mela Koteluk, Bisquit, Zakopower). Tomek „strunowo” aranżował, Robert wymyślał partie klawiszowe i rozpracowywaliśmy te piosenki na wszystkie możliwe sposoby. Dawaliśmy się ponieść możliwościom komputera (śmiech). Następnie przynieśliśmy te wstępnie zaaranżowane utwory na próby z zespołem, który później pojechał z nami do studia.
- A w zespole tym pojawiły się znani muzycy, tacy jak chociażby perkusista Marcin Ułanowski znany z zespołu Artura Rojka, basista Maciek Szczyciński czy gitarzysta Krzysztof Łochowicz współpracujący z Melą Koteluk. Czy musieli nagrywać dokładnie to, co Ty im kazałaś czy też wnosili swoje uwagi bądź pomysły?
- Bardzo lubię, gdy muzycy, z którymi współpracuję dają coś od siebie. Każdy ma swój unikalny styl. Wspólne próby przed wejściem do studia było po prostu nieuniknione. Nasza współpraca układała się tak dobrze głównie dlatego, że nie czułam się skrępowana i mogłam przedstawiać im swoje pomysły, a chłopaki dawali mi swoje rady i wspierali pomysłami. Była między nami bardzo udana interakcja.
- Twoje poprzednie wydawnictwo, ep-ka „Uke”, było owocem Twej fascynacji ukulele. Co jest takiego wyjątkowego w tym instrumencie, że poświęciłaś mu płytę?
- Ukulele zafascynowałam się dzięki Eddiemu Vedderowi z Pearl Jam, którego jestem fanką. W 2011 roku wydał album „Ukulele Songs” i właśnie dzięki Eddiemu po raz pierwszy usłyszałam o tym instrumencie. Stałam wtedy na artystycznym rozdrożu i podjęłam decyzję, że będę grać solo. A ukulele to bardzo wdzięczny instrument, który można wrzucić w plecak i jechać w trasę. Podczas nagrywania „Uke” aranżacyjnie wsparł mnie Michał Wrzosiński, który do moich partii ukulele i wokaliz dodał elektronikę. Natomiast na koncertach występowałam z ukulele solo.
- Skąd czerpiesz inspiracje do tekstów swoich piosenek?
- Na pewno nie piszę piosenek dlatego, że muszę stworzyć przebój. O pewnych rzeczach łatwiej jest mi po prostu śpiewać niż mówić. Muzyka jest moim powiernikiem. Jest takim wielkim sitem, przez które przykre rzeczy się kruszą i zamieniają w coś bardziej przystępnego.
- Dziękuję za rozmowę.




