Relacja: Lenny Kravitz - Łódź, Atlas Arena - 23.7.2024

W dniach 2-24 sierpnia Kazimierz Dolny będzie gościć drugą edycję wielogatunkowego letniego festiwalu Muzyczny Kazimierz, który ponownie zgromadzi w Kamieniołomach największe gwiazdy polskiej sceny muzycznej.
Lenny Kravitz wystąpił w łódzkiej Atlas Arenie na jednym z dwóch polskich koncertów w ramach europejskiej trasy promującej jego album "Blue Electric Light".
Lenny Kravitz odwiedza nasz kraj z większą lub mniejszą częstotliwością od 20 lat. Po raz pierwszy wystąpił w czerwcu 2004 roku na warszawskim Lotnisku Bemowo, w ramach trasy promującej album „Baptism”. Tym razem przybył do Polski na dwa koncerty w ramach trasy Blue Electric Light Tour – najpierw zagrał w krakowskiej Tauron Arenie, a dwa dni później w łódzkiej Atlas Arenie.
Na trasie suportem Lenny’ego jest Devon Ross – córka Craiga Rossa, wieloletniego gitarzysty Kravitza. Nepotyzm na niewiele się jednak zdał, bo występ młodej, dość nieśmiałej i zmanierowanej (a do tego fałszującej…) wokalistki i jej zespołu, można było sobie spokojnie darować. Zagrane od niechcenia kawałki w stylu nawiązującym do twórczości Hole, Silverchair, a chwilami także Radiohead i Blur, raczej zniechęcały, niż porywały. Był to więc zupełnie nietrafiony ‘rozgrzewacz’.
Natomiast gospodarz wieczoru, który w tym roku skończył 60 lat, wraz zespołem zaczęli od dość standardowego ‘openera’ w postaci energetycznego "Are You Gonna Go My Way?". Porywający publiczność od razu do zabawy, dał też pierwsze pojęcie o tym, jak będzie brzmiał ten koncert. A naznaczony był on między innymi mocno nagłośnionym bębnem basowym perkusistki Jas Kayser (dość skromnej dziewczyny, która ostatecznie zastąpiła na tym miejscu Cindy Blackman – wieloletnią bębniarkę Lenny’ego, która postanowiła na stałe dołączyć do zespołu męża – Carlosa Santany – przyp. MM). Chwilę później zespół przeszedł w nieco zmutowany, elektroniczny „Minister Of Rock 'n Roll”, przenosząc ten vibe na nieco podkręcony, znany z singla najnowszej płyty "TK421". Do dalszej zabawy zachęcał dość skoczny „I'm A Believer”. Kolejny utwór poprzedziła natomiast długa zapowiedź Lenny'ego, zakończona ‘odniesieniem do siły wyższej’, po którym wybrzmiało wspaniale kołyszące „I Belong To You”. Następnie zespół przeszedł do „Stillness Of Heart”. Ciekawe, że ten w gruncie rzeczy przeciętny kawałek singlowy w dorobku Kravitza, wciąż jest tak chętnie przez niego grany. Tym razem na szczęście uratował go Craig Ross, który w drugiej części przemienił go w przyjemne akustyczno-ogniskowe granie, podczas którego Lenny starał się włączyć publiczność do śpiewania… podpowiadając nawet wersy tekstu.
Znakomicie wypadło natomiast „Believe”, podszyte kapitalnymi, nieco doorsowymi partiami klawiszowymi George'a Laksa oraz trąbką Camerona Johnsona. Największe wrażenie zrobił jednak „Fear”. Utwór pochodzący z debiutanckiej płyty Lenny’ego „Let Love Rule”, nie pasujący narracyjnie do całości setu, niepostrzeżenie przeszedł w luźny okołojazzowy (!) jam z cytatami z... „A Love Supreme” Johna Coltrane'a. Kapitalny zabieg, w którym obok wspomnianego wcześniej Johnsona i saksofonity barytonowego Michaela Shermana, prym wiódł saksofonista altowy Harold Todd – kolejny wieloletni współpracownik Kravitza. Rewelacyjnie wypadł także pełen polotu „Low”, którego zabrakło w setliście na koncercie w Krakowie.
Z kolei najnowszy singiel „Paralyzed” w wersji ‘live’ legitymuje się nieco większym ciężarem, niż wersja płytowa. Chwilę później ów balast rozładował nośny „The Chamber”. Resztę setu stanowiły już właściwie największe przeboje Kravitza z „It Ain't Over 'Til It's Over” (ze smyczkami puszczonymi z… taśmy), rozkołysane „Again”, naznaczone nieco wolniejszą solówką Lenny'ego na gitarze, „Always On The Run", gdzie Craig godnie zastąpił oryginalną partię nagraną ponad trzy dekady temu przez Slasha oraz „American Woman” z repertuaru The Guess Who, które sprytnie przeszło w fantastyczne „Fly Away”, podszyte klangowym basem absolwenta Berklee Collage Of Music, Hooncha ‘The Wolfa’ Choiego. Na bis zaś usłyszeliśmy „Human”, który Lenny odśpiewał na bocznym podeście oraz esencję całości, a zarazem moment kulminacyjny, czyli „Let Love Rule”, w którym Lenny wszedł w tryb kaznodziei, wchodząc na trybuny i zachęcając publiczność do głośnego śpiewania refrenu, niczym John Lennon w „Give Peace A Chance”. Na koniec zaś zaprosił na scenę małą dziewczynkę z publiczności, wskazując na nią, jako na przyszłość życia oraz zasugerował dzieleniem się miłością ze wszystkimi wokół.
Takich momentów przez cały koncert zresztą było więcej – Lenny kilkukrotnie z wdziękiem godnym Michaela Jacksona, wyznawał miłość publiczności. Przede wszystkim jednak urzekał formą, luzem, charakterystycznym kocim sposobem chodzenia oraz kilkoma dość narcystycznymi pozami, byśmy nie zapomnieli, kto jest tutaj najważniejszy. Najbardziej jednak rzucało się w oczy jego oddanie muzyce i pasja, jaka za tym stoi. Gdy dawał pograć pozostałym instrumentalistom, gdy ich oklaskiwał, czy sięgał po tamburyn, by ich wspomóc, po prostu wspaniale się to oglądało. To był rewelacyjny koncert, może nie z idealnie dobranym repertuarem, ale za to mistrzowsko zagrany - z ogromną energią i radością z samej gry.
