Lenny Kravitz - Blue Electric Light

RecenzjaLenny KravitzRoxie Records/BMG Rights Management2024
Lenny Kravitz - Blue Electric Light

Dwunasta płyta Lenny’ego Kravitza „Blue Electric Light” stanowi swoiste ukoronowanie jego stylu.

Materiał powstawał w dużej mierze w okresie pandemii. I rzeczywiście, pewne odniesienie do tego czasu można odnaleźć już w otwierającym płytę smooth-funkowym "It's Just Another Fine Day (In This Universe of Love)", w którym pada słowo: lockdown. Co ciekawe - Lenny zarzekał się wówczas, że stworzył muzykę na przynajmniej dwa albumy. Że materiału mu nie brakowało –nie wątpię. Ale że będzie się on mienił aż tyloma różnymi barwami, których nie uświadczyliśmy od słynnej „5”, czy albumu „Lenny” sprzed 23 lat, jest raczej pozytywnym zaskoczeniem.

Dobrym przykładem może tu być singlowy, naznaczony starwarsowym tytułem „TK421”. Różnobarwny, syntezatorowy bit i typowo kravitzowa rytmika gitary do spółki z lekko pogłosowym głosem autora, a także partią saksofonu Harolda Todda, wręcz pulsują życiem. Rewelacyjne przejście w klimaty Marvina Gaye’a i Curtisa Mayfielda robi natomiast słodkie (dosłownie!) „Honey”, które gdyby nie głos gospodarza, spokojnie mogłoby wyjść w latach 70. Z kolei singlowe „Paralyzed” (napisane wspólnie z nadwornym gitarzystą, Craigiem Rossem) z jednej strony nawiązuje do twórczości Lenny’ego z początku lat 90. (gospodarz zagrał tu nawet na bongosach!), a z drugiej - dość śmiało przypomina… „When The Levee Breaks” Led Zeppelin.

Wydany jako drugi singiel promocyjny „Human” zaskakująco jednak lokuje się w najsłabszych rejonach płyty. Lenny w takich pozornie podniosłych hymnach często brzmi po prostu mało wiarygodnie, a w tak schematycznie poskładanym utworze, słychać to aż za bardzo. Łącznikiem między drugą częścią płyty jest natomiast nieco robotyczny, prosty erotyk „Let It Ride”. Piszę nieco, bo proweniencja brzmień klawiszowych sięga tu co najmniej lat 80. Zatem jest to jeszcze jedna podróż do przeszłości, aczkolwiek takie wycieczki w wykonaniu Kravitza zawsze są podane ze sporym polotem. Świetne wrażenie robi z kolei soulowo-cykające „Stuck In The Middle”, w którym oprócz ‘kaczkującej’ gitary, automatu perkusyjnego, fortepianu i syntezatora, pojawia się także… sitar. Numer jednak płynie kapitalnym, bujająco-kojącym rytmem.

Największym zaskoczeniem na „Blue Electric Light” jest natomiast „Bundle Of Joy”, który brzmi, jak numer… Prince’a. Aranż, wokal, klawisze bębny brzmią jak żywcem wyjęte z Paisley Park. Nie od dziś wiadomo o fascynacji Lenny’ego twórczością ‘Księcia’, ale ten utwór wydaje się pod tym względem aż przesadny. Jest jeszcze glamowo-musicalowy hymn „Love Is My Religion”, a także mistrzowsko zbity rytmicznie, synthfunkowy „Heaven”. Czymże byłaby jednak płyta Lenny’ego Kravitza bez przynajmniej jednej przesłodzonej pościelowy? Tym razem autor nie ogranicza się jedynie do brzmień akustycznych (kastaniety i klawesy), ale i do klawiszy oraz bitu z automatu perkusyjnego. Na koniec zostaje kompozycja tytułowa jako tzw. myśl przewodnia całości pod kątem literackim oraz jako jeszcze jeden odnośnik do twórczości Prince’a w warstwie muzycznej.

Lenny Kravitz ma 60 lat i nie musi nikomu niczego udowadniać. Swoją twórczością na stałe zapisał się w panteonie muzyki rozrywkowej. „Blue Electric Light” to jednak jego powrót do formy kompozytorskiej – bez nadmiernej liczby wypełniaczy, jako zbiór świetnych utworów w stylu, który sam wykreował, a którego na poprzednich kilku albumach trochę unikał.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały