A Place To Bury Strangers - Synthesizer

RecenzjaA Place To Bury StrangersDedstrange2024
A Place To Bury Strangers - Synthesizer

Nowojorska gwiazda noise-rocka powróciła z nową płytą "Synthesizer". (...)na tle pozostałych albumów wyróżnia się jako coś świeżego, wyzwolonego i nieokrzesanego, chociaż miejscami bardzo ciekawie poukładanego".

Przewidywalność w muzyce jest postrzegana jako wada; ale jest wiele przypadków w których ma ona swoją dobrą stronę. Przewidywalność jako zaleta dotyczy zespołów, którym udała się sztuka wypracowania charakterystycznego stylu, z którym zawsze są kojarzone. Część artystów tego nie lubi i przekornie unowocześnia kolejne albumy do granic kontrowersyjności, aby tylko słuchacz poczuł się czymś zaskoczony. Innowacyjność w muzyce jest oczywiście cnotą, ale czasami lubimy po prostu mieć pewność, że gdy odpalimy nową płytę ulubionego zespołu, to usłyszymy na niej dokładnie to, czego się po niej spodziewaliśmy. Ani mniej, ani więcej.

Jednym z takich zespołów są nowojorscy trefnisie noise-rocka A Place To Bury Strangers. Ta wiecznie morfująca ekipa, dowodzona niezmiennie przez Oliviera Ackermanna, dzierży miano „najgłośniejszego zespołu świata” (myślę, że Swans mogliby tu wnieść zdanie odrębne), a ich występy na żywo są pokazem żywiołu hałasu i dzikości serca. Ackermann za swój znak firmowy przyjął dźwięk gitary rozbijanej na kawałki, tak jak lubili czynić to wielcy rock’n’rollowcy, od Pete’a Townshenda po Kurta Cobaina. On jednak poszedł krok dalej – i często te gitary ponownie składa, aby niczym Dr. Frankenstein dać im nowe życie i ‘potworną’ jakość brzmienia.

Ale czy poza sztormem dźwięku, połączonym z nieokrzesanym performance APTBS na żywo, ma to swoje przełożenie na jakość ich muzyki na płytach? Płyta jest zawsze jakimś punktem wyjścia, ale na niej nie usłyszymy jak Ackermann masakruje kolejną gitarę, a pozostali wskakują w tłum dudniąc w bębny. W studiu cyrku nie widać, a muzyka musi obronić się sama. Jest mi zatem miło stwierdzić, że APTBS są od samego początku sprawdzoną firmą, przewidywalną, o której wiemy z góry co zaprezentuje, a kolejne krążki będą różnić się wyłącznie niuansami. I nigdy nie zejdą one poniżej pewnego poziomu, gdyż ich niezwykły styl to bezcenna ruda złota.

Ich nowy krążek "Synthesizer" już samym tytułem sugeruje, że sprawy ulegają zmianom, i że formacja wprowadza do swojego brzmienia innowacje w postaci elektronicznej melodyjności. I nie jest to nieprawda – spora część nowego materiału odstępuje od hałasu jako modus operandi na rzecz rytmicznych, chwytliwych rozwiązań, które miło przywołują na myśl melodyjną, post-punkową sekcję w stylu Joy Division czy wczesnego The Cure. Post-punk od początku istnienia zespołu przyświecał im jako niewyczerpane źródło inspiracji, dzięki którym słychać tu tak wybitne numery jak „Fear of Transformation”, „Plastic Future”, a przede wszystkim „You Got Me”.

Zupełnie innym, chociaż tożsamym filarem ich brzmienia jest shoegaze i ta stoicka ściana dźwięku, jaką pionierzy tego stylu zasiali zamęt w wyobraźni wielu nieprzygotowanych fanów. Posłuchajcie „Bad Idea”, „Disgust”, a najlepiej „It’s Too Much” – przecież to My Bloody Valentine jako żywo. Ale to wszystko do kupy ma sens; szczególnie, gdy otoczone jest tą jakże charakterystyczną dla APTBS atmosferą wolnej improwizacji, gdzie wszystko się może zdarzyć. Myślę, że Frank Zappa spoglądając z góry na Ackermanna i jego kompanię uśmiecha się pod wąsem z aprobatą. W muzyce APTBS jest bowiem wolność znana jedynie nielicznym artystom.

Gdy sięgam po losowo wybrany krążek APTBS wiem, co na nim usłyszę. Wiem, że uderzy we mnie fala dźwięku, niepokorność, szalona wolność i ten kosmiczno-psychodeliczny styl, jakim zespół od lat rozsmarowuje nam mózgi po podłodze. "Synthesizer" na tle pozostałych albumów wyróżnia się jako coś świeżego, wyzwolonego i nieokrzesanego, chociaż miejscami bardzo ciekawie poukładanego. Lubię tę świadomość, że są zespoły działające w zupełnie osobnym świecie od tego oglądanego na powierzchni, w których muzyce nie ma jakiejkolwiek kalkulacji poza własną radością i wciąganiem tłumu w dobrze znany sobie rytuał oczyszczenia dźwiękiem.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały