A Place To Bury Strangers

WywiadMaciej MajewskiA Place To Bury Strangers
A Place To Bury Strangers

Nowojorska formacja A Place To Bury Strangers wydała właśnie swój siódmy album zatytułowany „Synthesizer”. Jego winylowe wydanie zawiera na okładce… elementy, z których można zbudować własny syntezator. O tym oryginalnym pomyśle opowiedział mi twórca zespołu, Oliver Ackermann, dzieląc się jednocześnie m.in. swoją filozofią dotyczącą grania na żywo. A o tym, jak przekłada się ona na praktykę, będzie można się przekonać odpowiednio 9 października we Wrocławiu, 10 w Warszawie i 11 w Poznaniu.

MM: „Synthesizer” to nie tylko tytuł waszej najnowszej płyty, ale również specjalnie przygotowany syntezator, który został użyty przy jej nagrywaniu. Kto go zaprojektował?

OA: Ja oraz Noel Syder i Hank Borders z Death By Audio. Syntezator jest częścią okładki winylowej płyty. Zawiera board z oscylatorami, delayami i efektami, z których możesz zbudować syntezator. Fajny pomysł, prawda? (śmiech).

MM: Dość niecodzienny.

OA: To prawda, ale dzięki temu muzycy, czy w ogóle ludzie parający się grą na instrumentach, będą mogli sobie wykręcić własne brzmienia. Z instrumentów możesz wydobyć dzisiaj praktycznie wszystkie brzmienia, jakie tylko przychodzą ci do głowy, a taki syntezator może stanowić jedno z narzędzi do tworzenia muzyki.

MM: No właśnie – sami użyliście go przy nagrywaniu tej płyty.

OA: Owszem i słychać go w każdym z utworów na nowej płycie. Nawet kiedy wydaje ci się, że słyszysz tylko podstawowe instrumenty, wcisnęliśmy także brzmienia wygenerowane z tego syntezatora. John Fedowitz i ja nagrywaliśmy go na różne sposoby.

MM: Mówisz, że to płyta dość pokręcona i chaotyczna, a jednocześnie - bardzo ludzka. Mam jednak wrażenie, że jej eklektyzm jest dość naturalny. Wystarczy podejść do niej z otwartą głową.

OA: O, trafiłeś w punkt! Mam dokładnie takie samo podejście w tej kwestii. Zawsze trzeba mieć otwartą głowę dla tak pojebanej muzyki, jak nasza (śmiech).

MM: A mnie się wydawało, że gracie po prostu trochę głośniej, niż inne zespoły.

OA: (śmiech). Pewnie tak. Nie chciałbym się jednak nadmiernie rozwodzić nad tym, jak do tego doszło. A Place To Bury Strangers, to zespół, w którym zasady tworzenia są dość elastyczne.

MM: Tym niemniej – nie tylko na tej, ale i właściwie na każdej płycie A Place To Bury The Strangers słychać dość wyraźny podział między tzw. ścianą dźwięku, a muzyką new wave. Rozumiem, że te wpływy akurat rozgraniczasz w procesie twórczym?

OA: O tym akurat mogę opowiedzieć (śmiech). Tak, w tym wypadku to rozróżnienie jest dość czytelne, nawet gdy gramy na żywo. To wynika z moich inspiracji, bo zaczynałem od punk rocka, a potem zanurzyłem się w twórczości artystów z kręgu new wave, typu New Order, później także Ministry, czy My Bloody Valentine. Następnie trafiłem do szkoły plastycznej, gdzie poznałem mnóstwo muzyki noise’owej typu Lightning Bold, czy Arab On Radar. Wtedy wszystko zaczęło się mieszać i pewnie tak wykrystalizował się mój styl grania.

MM: To ciekawe, co mówisz, bo zwykle słyszy się o muzykach, którzy najpierw poszli do szkoły plastycznej i tam poznali punk rocka. U Ciebie było odwrotnie.

OA: (wybuch śmiechu) Tak, nic dziwnego, ze jestem tak pojebany, skoro gram taką muzykę.

MM: Wspomnianą firmę Death By Audio, założyłeś ponad 20 lat temu. Zawsze się zastanawiałem, co jest dla Ciebie ważniejsze – konstruowanie efektów gitarowych i syntezatorów, czy tworzenie muzyki?

OA: Myślę, że obie te aktywności w moim przypadku są równie ważne. Nie jest istotne, co robisz w danym momencie, dopóki masz z tego radość i sprawia ci to przyjemność. W innym wypadku nie ma sensu się w to w ogóle bawić. Zajebiście jest grać koncerty, wspaniale jest siedzieć w studiu i nagrywać muzykę z przyjaciółmi oraz cudownie jest siedzieć, dłubiąc w elektronice. Zwróć uwagę, że to wszystko jest ze sobą powiązane i daje mi nie tylko poczucie aktywności, ale i świeżości. W ten sposób nie grozi mi szybkie stetryczenie, nie mówiąc już o nudzie.

MM: Parafrazując tytuł ostatniego utworu na „Synthesizer”, czyli „Comfort Never Comes” – czy tworzenie muzyki w A Place To Bury Strangers wymaga jakiegoś dyskomfortu?

OA: Kto wie… Wiesz co, ludzie doświadczają bardzo różnych rzeczy w swoim życiu. Jeżeli to coś negatywnego, to często pisze się coś na przykład w stanie smutku i to w konsekwencji staje się piosenką. W drugą stronę działa to dokładnie tak samo. Zresztą moje kawałki mają w sobie wszystkie odcienie i barwy emocjonalne, które często występują jednocześnie po sobie.

MM: Zagracie ponownie w Polsce – tym razem we Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu. Widziałem Was na żywo w ubiegłym roku i zdałem sobie sprawę, że w przypadku A Place To Bury Strangers aspekt świetlno-wizualny jest równie istotny jak strona muzyczna.

OA: Całkowicie się z Tobą zgadzam. Graliśmy wiele koncertów i sam chodziłem na masę gigów, co zdecydowanie zmieniło moje życie. Gdy widziałem jakiś zwariowany zespół na żywo, który przenosił swoją muzykę w jakieś niesamowite rejony, wykorzystując do tego światła, czy video w tle, odlatywałem. Dla mnie to cholernie inspirujące i dlatego staram się by także pod tym względem nasze koncerty były wyjątkowe.

MM: A jak to wygląda w Twoim przypadku z perspektywy sceny, gdy światła wirują, a widoczność jest migocząca. To wpływa jakoś na samo granie?

OA: Tak, wtedy nie jesteś często w stanie określić, gdzie jesteś. To jest stan, do którego się dąży, kiedy można zupełnie dać się ponieść muzyce i odlecieć. Nie ma wówczas połączenia z żadną formą rzeczywistości, czasu, czy miejsca. Jest samo odczuwanie muzyki. To coś, co nieustannie mnie w niej pociąga – coś niedotykalnego, nieopisywalnego, a jedynie odczuwalnego. Ważne jednak, żebym wiedział mniej więcej, gdzie w takich momentach znajduje się moja podłoga z efektami (śmiech).

MM: Na koniec chciałem Cię spytać, czy istnieje coś takiego jak stricte nowojorski muzyczny stan umysłu?

OA: Wydaje mi się, że każde miejsce, w którym się tworzy, wpływa na twórcę i proces kreacji. Nowy Jork jest pod tym względem absolutnie szalony. Dzieje się tam mnóstwo rzeczy – złych i dobrych. Nie ma więc możliwości, żeby to na mnie nie wpływało, kiedy piszę, czy gram. Ale dla mnie muzyka jest przede wszystkim celebracją danej chwili.

FOTO: Devon Bristol Shaw

A PLACE TO BURY STRANGERS support: Stella Rose, Uniform, Bad Breeding

09.10. Wrocław, Łącznik

10.10. Warszawa, Hybrydy

11.10. Poznań, 2Progi

Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Biletomat.pl, Eventim Polska, Ebilet, Ticketmaster Polska

Powiązane materiały