And Also The Trees - Mother-Of-Pearl-Moon

Brytyjska grupa And Also The Trees wydała jeden z najlepszych albumów w swojej liczącej ponad 40 lat dyskografii. To płyta skierowana przede wszystkim do miłośników melancholijnego, klimtycznego rocka.
Jest taka grupa przedstawicieli alternatywnego rocka, którą przyjęło się określać mianem ‘rocka klimatycznego’. Chodzi tu rzecz jasna o nastrój jaki roztacza się, gdy tylko dany zespół zaczyna grać. Powolutku, poetycko, przy użyciu tradycyjnego, a czasami rustykalnego instrumentarium. Muzycy siedzą, w czarnych garniturach, a ilość zmarszczek i siwych włosów daje do zrozumienia ile w życiu już przeszli i wypili. Na czele zespołu zwykle stoi charyzmatyczny Mistrz Ceremonii, który głosem proroka i zmysłem poetyckim odziedziczonym po Leonardzie Cohenie oczarowuje zgromadzenie, śpiewając słowa miłości, śmierci, smutku, wiecznej nocy, apokalipsy.
Mówimy tu o zespołach takich jak Nick Cave & The Bad Seeds, Soulsavers, Tindersticks, Antony & The Johnsons, Madrugada, Tuxedomoon, Crime & The City Solution, a nawet The Legendary Pink Dots i Current 93. Do tej grupy należą także And Also The Trees, niestrudzona ekipa skazana na wieczną tułaczkę po nieutwardzonych ścieżkach niezależności i offowości. Wyrośli na fali pokolenia post-punka, w czym pomogła im przyjaźń z The Cure, ale po 4 albumach okazało się, że zespół braci Simona i Justina Jones zmierza w innym kierunku, niż ‘rock gotycki’, nowa fala. Ich płyty z lat 80 nijak mają się do tego, co zespół reprezentuje dziś i z czego słynie. Zamiast szokować, And Also The Trees oczarowują. A im dalej w las, tym drzewa stają się gęstsze, mroczniejsze, nieprzejednane; otaczają wędrowców urokiem zapachu kadzidła, światła świec, brzmienia organów, dark jazzu w klubie Blue Velvet, gdzie Frank Booth wznosi toast za Davida Lyncha. Grając w tym stylu And Also The Trees stali się lepsi, chociaż pogrzebali szanse na sukces komercyjny. Na szczęście nie przeszkadza im to wydawać płyt w dość regularnych odstępach czasu, cały czas szlifując rzemiosło i warsztat. Oni swój skok przez rekina już zaliczyli; teraz dbają o to, aby dostarczać swoim wiernym wielbicielom materiał na poziomie.
Ich najnowszy krążek "Mother-Of-Pearl Moon" to triumf. Łatwo zarzucić temu zespołowi, że raz po raz nagrywa tą samą płytę. Ich dwa ostatnie krążki uchodzą także za gorsze od innych, w szczególności mało przekonujący "The Bone Carver". Na pewno jakiś wpływ miał na to okres lockdownu, który każdy zespół przeżywał na swój sposób; aczkolwiek, geneza "Mother-Of-Pearl Moon" również sięga czasu samotności muzyków w zamkniętych domach. Słychać to w jej nastroju, statycznym, melancholijnym, niemal żałobnym; płyta jak tylko może unika większej dynamiki na rzecz nastroju, skupienia, melancholii i gry ciszą. Przypomina mi "Ghosteen" Cave’a.
W porównaniu do "The Bone Carver", "Mother-Of-Pearl Moon" jest powrotem do najwyższego poziomu, tego samego, którym zachwycali chociażby na "(Listen For) The Rag And Bone Man". Tamta płyta była bardziej dynamiczna, podniosła i triumfalna. "Mother-Of-Pearl Moon" to intymność spowiedzi, duchowe zacisze w blado oświetlonej samotni, gdzie narrator oprowadza nas po koszmarach sennych, widziadłach na jawie i nigdy do końca nie przegnanym strachu. Płyta brzmi spójnie, nie tylko jako zbiór numerów, lecz zamknięta historia, w której bierzemy udział na bieżąco. Nie chcę określać jej mianem koncepcyjnej; ale, bardzo ono tu pasuje.
"Mother-Of-Pearl Moon" to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy lubią czarną poezję w rockowym wydaniu, podaną z pasją nawróconego grzesznika po wielu życiowych epizodach. To coś dla sympatyków solowej twórczości Dave’a Gahana, jak i Brendana Perry. Warto podkreślić, że ta płyta nie opiera się wyłącznie na śpiewie Simona; to co robią muzycy – pod dyrekcją Justina - przypomina to, co The Doors grali na „Riders of the Storm”, jak i Bohren & The Club of Gore w swoich doom-jazzowych przepowiedniach. To wspaniały, wyróżniający się na krążek od zespołu, który niestrudzenie gra swoje, bez oglądania się na innych i kalkulowania, ile to jeszcze potrwa.
JAKUB OŚLAK
