And Also The Trees - The Devil's Door

Na kolejną wspaniałą płytę czarodziejów z And Also The Trees nie trzeba było długo czekać. Gdzie tym razem zabiorą nas bracia Jones i ich nastrojowa, mroczna kompania?
And Also The Trees wydają nowe płyty często i regularnie, dlatego też łatwo jest przegapić wśród nich coś naprawdę wyjątkowego i cennego. Gdy dwa lata temu ukazali swój „Mother-of-Pearl Moon” wiedziałem, że jest to krążek, która wyróżnia się na tle ich bogatego dorobku; ale dopiero po jakimś czasie stwierdziłem, że jest to jedna z najlepszych płyt 2024 r. Co o tym zadecydowało? Niezwykle miodny, magiczny klimat, medytacyjne tempo i tła, i jeszcze bardziej poetyckie, natchnione słowa syczącego jak wąż Simona Huw Jonesa. To jeden z tych albumów, dzięki którym pozostała reszta rośnie o co najmniej o jeden poziom w uszach, sercu i duszy.
Dość powiedzieć, że przed niechybną kolejną płytą AATT miałem pewne oczekiwania. Ich przepastny katalog mogę porównać do ciekawego serialu, którego odcinki układają się we wciągającą, intrygującą łamigłówkę pełną napięcia, atmosfery i magnetyzmu. Widzowie po prostu lubią przebywać w poświacie telewizora, gdy leci ten serial, podobnie jak ja lubię przebywać w pomieszczeniu wypełnionym muzyką AATT. Ich odnaleziony styl pochodzi z tej samej parafii co Tindersticks, Soulsavers, czy rzecz jasna Nick Cave & The Bad Seeds. Za każdym razem, ich muzyka hipnotyzuje, a słowa przenoszą gdzieś w ciemną i głuchą noc.
Do tej pory nie miało to dla mnie specjalnego znaczenia, którą płytkę AATT sobie wylosuję do słuchania na dziś, szczególnie jeśli chodzi o ten liryczny, Cohenowski okres ich współczesnych nagrań. Jednakże, „Mother-of-Pearl Moon” sprawiła, że czekałem na „The Devil’s Door” z pewnym utęsknieniem. Powraca porównanie serialowe – nieważne jak dobre były poprzednie odcinki, najbardziej chcemy zobaczyć ten kolejny, aby przekonać się dokąd naszych bohaterów zaprowadzi ta misterna intryga, ten nieoczywisty scenariusz i ta hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa. Będzie lepiej, będzie gorzej – to nieistotne. Ważne, aby wiedzieć co się dalej stanie.
Uważam, że „The Devil’s Door” to świetna płyta, niezwykle sugestywna, gęsta, poetycka, a jednocześnie bardziej dynamiczna od Księżyca z Masy Perłowej. Oczywiście, ta dynamika nie oznacza powrotu AATT do absolutnych zimno-falowych korzeni z lat 80., lecz bardziej w pewne znajome terytoria, chociażby te ze współczesnego krążka „Born Into the Waves”. Te dźwięki kojarzą mi się z kinem europejskim i milczącymi bohaterami spacerującymi gdzieś wieczorem po zakątkach Paryża, Rzymu czy Madrytu: echa flamenco, chłód i lęk obrazów Polańskiego czy Godarda, uśmiech ślepego akordeonisty, znającego każdy sekret Hiszpańskich Schodów.
Muzyka AATT to literatura – a ich kompozycje bardziej przypominają krótkie opowiadania Hemingwaya, Poe, czy Kafki, których narratorem jest Simon Huw Jones, a który niczym najwyższej próby iluzjonista przeistacza to co widzimy w to, co chcemy zobaczyć. Dużo jest w jego śpiewie z Cohena, Cave’a, Gahana, a nawet Tibeta – nie tylko pod kątem barwy głosu, lecz bardziej sposobu jego używania. Jones śpiewa tak, jakby grał rolę w przedstawieniu, a towarzysząca mu scenografia zmieniała się wraz z każdym charakterystycznie syczącym słowem. To muzyka dla tych, którzy lubią zanurzać się w czarny wir wyobraźni, napędzany liryką.
Nie mam wątpliwości, że „The Devil’s Door” to świetny krążek, lecz wiem jednocześnie, że zginie on w przepastnej dyskografii AATT. Nie jest aż tak wyróżniający się na tle innych jak Księżyc, mimo iż sam w sobie jest dziełem skończonym. To świetny dalszy ciąg serialu na który nieświadomie czekamy. AATT wciągają się w grę niuansów, spacer wśród dźwięków, otoczenie muzyką, echem, nastrojem i wreszcie słowem. To zespół, który ma swój dobrze wypracowany styl – dlaczego zatem nie mają go eksplorować i demonstrować, skoro natchnienie dopisuje?
JAKUB OŚLAK

