Behemoth - The Shit Ov God

Na swojej trzynastej płycie Behemoth postawił na kompozycje krótsze, ale i bardziej spójne.
Już sam jej tytuł - „The Shit Ov God” – wydaje się nieco łatwiejszy do zapamiętania, niż poprzednich dwóch, niosąc ze sobą także bardziej dosłowny przekaz. Przełożyło się to także na warstwę muzyczną. Otwierający płytę deklaracyjny „The Shadow Ellite” prócz króciutkiego, industrialnie zabarwionego intra, atakuje dość miarową kawalkadą dźwięków, podanych w dodatku ze swoistym groovem. Nie ma przytłoczenia, jest za to blackmetalowe bujanie, bez utraty charakterystycznego dla Behemoth monumentalizmu, który towarzyszy kompozycjom grupy od czasów „Evangelion”. Nieco większą dynamiką charakteryzuje się „Sowing Salt”, gdzie tempo zmienia się parokrotnie, a i wokal Nergala balansuje między growlem, a iście wojennymi okrzykami. Znalazło się tu nawet miejsce na niewielkie gitarowe solo.
Esencją płyty jest jednak utwór tytułowy – chóralny, epicki, przytaczający swoiste credo całości (polecam wsłuchać się w tekst interpretujący skrót ‘IESUS JHS’). Pojawia się w nim także ‘spoken word’ sprokurowane przez Haldora Grunberga – producenta płyt i muzyka m.in. grup Thaw i Mentor. Z kolei „Lvciferaeon” to jeden z najgęstszych muzycznie utworów na płycie (popisowe solo gitarowe), zaś sprytnie powtarzanego ‘refrenu ’ ze słowami: „If I am God/Everyone is/If I am God/If I am not/None exists!” trudno nie zapamiętać. Ciekawie wypada natomiast „To Drown The Svn In Wine”, nawiązujący do Walta Whitmana i jego słynnego poematu „O Captain! My Captian”. Numer intensywnie pędzi na złamanie karku, zwalniając w drugiej połowie i dobudowując ‘filmowy most’, łączący się z dramatycznymi wokalami gościnnie udzielającej się tu Androniki Skouli z greckiego Chaostar. I gdy wydaje się, że odrobinę czarodziejsko-mroczny „Nomen Barbarvm” , aranżacyjnie przypominający nieco „Chant for Ezkaton 2000”, osadza ostatecznie ten materiał, pojawia się majestatyczny „O Venvs, Come!”, z gościnnym udziałem Patrycji Goli, kondensujący składniki nie tylko tej płyty, ale i zawierający pojedyncze elementy poprzednich, takich orkiestracje, czy dość rozbuchana struktura. Album zamyka zaś bojowo-wojenny „Avgvr (The Dread Vvltvre)”, wieńcząc całość subtelną akustyczną codą.
Odpuszczenie eksperymentów i zabaw z formą wyszło zespołowi na dobre. „The Shit Ov God” to zwrot w twórczości Behemoth ku graniu bardziej zwartemu i konkretnemu. Potwierdza to także fakt, że to najkrótsza płyta zespołu od ćwierćwiecza. Nie męczy, nie przeładowuje i po raz pierwszy od czasów „The Satanist” chce się mimowolnie kliknąć ‘repeat’ na odtwarzaczu.
MACIEJ MAJEWSKI



