Cochise - Swans & Lions

"Dobra płyta" - tak w skrócie można podsumować nowy album formacji Cochise, której oceną zajął się nasz recenzent Maciej Knapik.
Co się stanie, gdy w rolę piosenkarza, lidera zespołu muzycznego wcieli się znany aktor? Takich przypadków jest dość sporo. Pierwszy przykład z brzegu – Arkadiusz Jakubik i Dr Misio. Do tego grona możemy zaliczyć też Pawła Małaszyńskiego. Lideruje on kapeli Cochise. „Swans and Lions” to już jej piąte studyjne dokonanie.
Od poprzedniej płyty („The Sun Also Rises For Unicorns” z 2015 roku) nastąpiła zmiana perkusisty. Miejsce Cezarego Mielko zajął Adam „Argon” Galewski. Tyle kwestii personalnych. Na płycie znajdziemy dwanaście utworów. Można je podzielić na te bardziej żywiołowe i te, gdzie ciężar decyduje o bardziej nastrojowym charakterze utworu.
Płyta zaczyna się chwytliwym, rockowym „16”. Następnie dostajemy grunge’owy „Crystal” z niezłą solówką, by znów atmosfera stała się luźniejsza w „Neverland”. Bardzo fajnym motywem basowo-perkusyjnym zaczynającym utwór i powracającym potem w nim charakteryzuje się energetyczne „Tick Tack Toe”. Potem dostajemy sekcję cięższych utworów. Grunge’owy „Beautiful Destroyers” ma początek kojarzący się z Indianami. „Pain of God” wyróżnia się brzmieniowo wśród innych piosenek na albumie. W nim na pierwszy plan wybija się elektroniczny rytm powodujący wraz z oszczędnością brzmienia klimat tajemniczości i mroku.
Jednym z najlepszych momentów płyty jest „Winter”, który można podzielić na dwie części. Pierwsza – skromna w instrumentarium. Można się poczuć, jakbyśmy siedzieli sobie przy ognisku. Druga część – mocniejsza, wyrywa nas z wcześniejszego nastroju. W „Control” wracamy na chwilę do chwytliwego, przyjemnego brzmienia. W wolniejszym „Storm” dostajemy zaś kolejną dawkę grunge’u. Na prawie sam koniec dostajemy dwa utwory, których tytuły to dwie części tytułu płyty „Swans” i „...and Lions”. Pierwszy – mocny i ciężki. Drugi – bardziej agresywny i dość szybki, choć z momentami zwolnienia. Dodatkowo ma epilog – bardzo plemienny, przenoszący nas do Indii. Tak się zastanawiam, czy te indiańskie elementy na płycie nie biorą się z tego, co nasuwa nazwa zespołu. W XIX wieku żył Cochise, czyli wódz Apaczów uważany za jednego z największych indiańskich wodzów Ameryki. Na samo zakończenie zostawiono krótki, spokojny, oszczędny, wolny i tajemniczy „Secrets”.
Czuć na tym albumie ducha Alice In Chains. Czuć dobrego, rockowego ducha. Jeśli ktoś nie próbował zapoznać się z twórczością Cochise, wychodząc z założenia, że kapela z popularnym aktorem na wokalu może nie być gwarancją co najmniej niezłej jakości muzycznej, to „Swans and Lions” może być materiałem, który zmieni zdanie takiej osoby. Bo to dobra płyta jest.



