Czerń - Klątwa

RecenzjaCzerńArcadian Industry2024
Czerń - Klątwa

Nowy album stołecznej Czerni ujawnia wejście grupy na pełny deathmetalowy szlak.

Nie ma co ukrywać, że po wydaniu przed dwoma laty ep-ki „Czerń”, grupa nabrała wiatru w żagle, co było nie tylko widać, ale i przede wszystkim słychać na koncertach, jakie dawali w tamtym okresie. Nowy materiał, zatytułowany „Klątwa”, nie tylko powala intensywnością, ale i potężniejszym, jeszcze bardziej klarownym brzmieniem. Począwszy od „Wschodu”, w którym kawalkada blastów, serwowana przez Arka Lercha przeplata się z udanymi, świetnie ułożonymi riffami gitarzystów Piotra Sałaty i Janka Fronczaka. Bardziej miarowo, ale i klimatycznie jest w „Tnij”, gdzie deathmetalowa aura mieni się kilkoma barwami, co podkreśla nadzwyczaj czytelny wokal Łukasza Zająca. Znakomicie wypada także znany z singla „Cel sam w sobie”, gdzie nieco przybrudzone gitary, świetnie odnajdują się wokół bardzo precyzyjnych partii sekcji rytmicznej. Z kolei tempo „Ścieku” przypomina klasyczne brzmienie amerykańskiego death metalu sprzed około trzech dekad, które do spółki z „Szybszą krwią”, stanowi kwintesencję tej płyty. Interesująco wypada natomiast „Jestem”, zawierający w sobie – nie po raz pierwszy zresztą w twórczości Czerni – kilka kompozycji . Brzmi to niczym swoisty deathmetalowy medley. Album wieńczy natomiast numer tytułowy – iście epicki, mocarny i… poetycki. Tak ciekawego zakończenia nie słyszałem dawno na żadnej metalowej płycie.

Osadzenie się w stylistyce deathmetalowej wyszło Czerni na dobre. Nie wierzę jednak, że na tym grupa poprzestanie. Jestem niemalże pewien, że dalsze jej muzyczne poczynania poszerzą spectrum ich twórczych możliwości.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały