Czerń - Klątwa

Nowy album stołecznej Czerni ujawnia wejście grupy na pełny deathmetalowy szlak.
Nie ma co ukrywać, że po wydaniu przed dwoma laty ep-ki „Czerń”, grupa nabrała wiatru w żagle, co było nie tylko widać, ale i przede wszystkim słychać na koncertach, jakie dawali w tamtym okresie. Nowy materiał, zatytułowany „Klątwa”, nie tylko powala intensywnością, ale i potężniejszym, jeszcze bardziej klarownym brzmieniem. Począwszy od „Wschodu”, w którym kawalkada blastów, serwowana przez Arka Lercha przeplata się z udanymi, świetnie ułożonymi riffami gitarzystów Piotra Sałaty i Janka Fronczaka. Bardziej miarowo, ale i klimatycznie jest w „Tnij”, gdzie deathmetalowa aura mieni się kilkoma barwami, co podkreśla nadzwyczaj czytelny wokal Łukasza Zająca. Znakomicie wypada także znany z singla „Cel sam w sobie”, gdzie nieco przybrudzone gitary, świetnie odnajdują się wokół bardzo precyzyjnych partii sekcji rytmicznej. Z kolei tempo „Ścieku” przypomina klasyczne brzmienie amerykańskiego death metalu sprzed około trzech dekad, które do spółki z „Szybszą krwią”, stanowi kwintesencję tej płyty. Interesująco wypada natomiast „Jestem”, zawierający w sobie – nie po raz pierwszy zresztą w twórczości Czerni – kilka kompozycji . Brzmi to niczym swoisty deathmetalowy medley. Album wieńczy natomiast numer tytułowy – iście epicki, mocarny i… poetycki. Tak ciekawego zakończenia nie słyszałem dawno na żadnej metalowej płycie.
Osadzenie się w stylistyce deathmetalowej wyszło Czerni na dobre. Nie wierzę jednak, że na tym grupa poprzestanie. Jestem niemalże pewien, że dalsze jej muzyczne poczynania poszerzą spectrum ich twórczych możliwości.
MACIEJ MAJEWSKI




