David Gilmour - Luck and Strange

David Gilmour stwierdził, że "Luck and Strange" to najlepsza płyta jaką nagrał od czasu "The Dark Side of the Moon".
Oznacza to, że jego zdaniem jest ona lepsza od "Wish You Were Here", "Animals" czy "The Wall". To oczywiście gruba przesada; ale przecież odrobina marketingowej przesady jeszcze nigdy nie zaszkodziła sprzedaży produktu. Mimo wszystko, to poważne oświadczenie ze strony artysty, który nigdy nie słynął z ironii i poczucia humoru. Być może to, co Gilmour chciał przez to powiedzieć to to, że nagranie tej płyty sprawiło mu najwięcej satysfakcji i radości, od kiedy powstała Ciemna Strona Księżyca, najwspanialszy album w dziejach muzyki rozrywkowej.
Owa radość i satysfakcja jest ewidentna przy słuchaniu nowego krążka, który pomimo mocnej dawki chłodu, goryczy i melancholii pozostaje doświadczeniem niezwykle przyjemnym dla odbiorcy; kto wie czy nie najlepszym ze wszystkich solowych albumów Gilmoura. Mimo wieku (78 lat) i coraz słabszego głosu, co słychać w wysokich momentach tytułowego numeru, Gilmour pozostaje Mistrzem – siłą złotej ery rocka, twarzą, stoicką osobowością, i tą gitarą. Gdy brzmi jego nowy Czarny Strat, którego Polly Samson ochrzciła Czarnym Kotem, nie ma wątpliwości kto na nim gra. Człowiek się starzeje, maszyna nie. Zatem, witajcie przy maszynie!
Napisałem nowy Czarny Strat, gdyż nie jest to ten sam egzemplarz, który zagrał na wszystkich najważniejszych albumach Pink Floyd; ten stary poszedł do rąk kolekcjonera za 4 miliony dolarów. To kolejny symboliczny gest Gilmoura zrywający z przeszłością Pink Floyd, wobec której ma coraz większe rozżalenie i niechęć. To słychać w całej rozpiętości "Luck and Strange"; takie słowa jak "whatever it takes, stay clear of the snakes" można interpretować do woli, ale i tak wiadomo, że chodzi o Rogera Watersa. Kolejne szaleństwa wybuchowego Rogera sprawiły, że nawet stoickiemu Gilmourowi przelała się czara goryczy – szkoda tylko, że na starość.
Data premiery "Luck and Strange" również jest symboliczna – przypadła powiem w dzień 81 urodzin Watersa. Prztyczków jakie Gilmour wysyła pod jego adresem jest więcej, począwszy od deklaracji, że nie zamierza już grać na żywo numerów, które napisał Waters, po chęć sprzedaży praw do katalogu Pink Floyd. W najwyższych punktach płyty, „Luck and Strange” oraz „Scattered”, bez trudu usłyszymy echa Floydów – „Dogs”, „Echoes”, Ciemnej Strony, Ściany, a nawet "The Division Bell". Te kawałki łapią za gardło i serce, szczególnie gdy padają słowa "time is a tide that disobeys, and it disobeys me, it never ends". Pomału do wyjścia, jakby na pożegnanie.
Gilmour ma nam dużo do powiedzenia o trzech kierunkach czasu. Przeszłość to Pink Floyd i jad węża; nie tylko Watersa, ale też wytwórni płytowych i byłych managerów. Teraźniejszość to jego wiek i opuszczające go siły, niepewność siebie i wątpliwości wobec sensu kontynuowania tej podróży; nietrudno o porównania do ostatnich płyt Cohena, Casha czy Bowiego, które były wygaszaniem świateł. Ale przyszłość to rodzina Gilmoura – na czele z córką Romany, której śpiew słyszymy w „Between Two Points” oraz bonusowym „Yes, I Have Ghosts”. No i rzecz jasna ze słowami Polly Samson, która rozumie serce Gilmoura lepiej niż on sam, jak twierdzi on sam.
"Luck and Strange" to płyta dwóch biegunów. Jest to krążek niezwykle smutny i samotniczy, ale jednocześnie ciepły i rodzinny. To album z udziałem dwóch pokoleń, z Gilmourem, Brianem Eno i Stevem Gaddem po jednej stronie, a Romany i producentem płyty Charliem Andrew po drugiej. To kolejny przykład płyty legendy i weterana, której ster producencki jest powierzony młodemu geniuszowi reprezentującemu inny świat. W studiu nie zabrakło rzecz jasna Guy’a Pratta i Steve’a DiStanislao, najwierniejszych współpracowników Gilmoura. Nawet duch Richarda Wrighta został przywołany w postaci niewykorzystanych wcześniej zapisów jego klawiszy.
"Luck and Strange" jest płytą spójną i wciągającą. Dobrze trafia w czas, gdzie radość miesza się ze smutkiem, ekstaza z frustracją, a niepewność dnia następnego spędza sen powiek coraz częściej i boleśniej. Wbrew niechęci Mistrza, to bardzo floydowska płyta, bez nadęcia i epickości, ale poruszająca wiele punktów wspólnych z dziedzictwem Gilmoura. To także symboliczne przekazanie pałeczki dla Romany, którą ojciec wspiera w muzycznym starcie, otwierając niejedne drzwi. Bez niej ta płyta pewnie by nie powstała, a temat zakończyłby się na słynnym zdjęciu, na którym Romany trzyma zawieszonego na ramionach Czarnego Strata.
JAKUB OŚLAK



