David Gilmour - The Luck & Strange Concerts

Zeszłoroczna seria koncertów promująca album „Luck and Strange”, którą David Gilmour określa swoją najlepszą trasą koncertową, doczekała się swojego wydawnictwa.
Nie spieszyłem się z napisaniem o najlepszym albumie koncertowym roku. To przecież David Gilmour, wobec którego wszelki pośpiech jest nie na miejscu. Co więcej, udało mi się być na jednym z koncertów tej trasy, a cudowne obrazki i dźwięki z Royal Albert Hall są moim wciąż żywym wspomnieniem. To była pierwsza trasa (a w zasadzie rezydentura) mistrza od 8 lat i kto wie, czy nie ostatnia. Grunt, że wciąż możemy delektować się nową, niezwykle udaną muzyką serca Pink Floyd, a także usłyszeć klasyki w świeżych, często zaskakujących aranżacjach. Te koncerty, chociaż zagrane w majestatycznych miejscach (Londyn, Rzym, Los Angeles), miały bardzo intymny, osobisty wydźwięk; i właśnie to chwyta za serce podczas słuchania tej płyty.
Już na wejściu chciałbym podkreślić, że „Luck and Strange” to najlepszy solowy album Davida Gilmoura. Jasne, debiut był świetny, ale to płyta z kompletnie innej rzeczywistości, nagrana pomiędzy „Animals” a „The Wall”, czyli w szczycie kreatywności i popularności Pink Floyd. Gilmour powoli dobiega 80-tki, a wtedy był 30-kilkuletnim ‘gówniarzem’, który wciąż szukał swojej własnej tożsamości, większej niż bycie gitarzystą w zespole. Dziś, gdy już nic nie musi sobie udowadniać, jedyne co nie jest mu posłuszne to czas, o czym jest magiczne „Scattered”. Cała reszta – zaufani muzycy, liczna rodzina, repertuar – jest po jego myśli i podług woli. Właśnie to oznacza brak pośpiechu – spokój, zgoda z biegiem czasu, zachwyt chwilą, która zaraz zniknie.
Repertuar koncertu mówi sam za siebie; optycznie to nowy materiał, plus klasyki Pink Floyd. Gdy jednak wczytamy się, które klasyki Gilmour wybrał, wtedy jest jasne, kto na jego koncertach jest persona non grata. Nie ma tu ani jednego numeru typowo ‘watersowskiego’ – nie ma „Money”, „Another Brick in the Wall”, „Dogs”. Gilmour czyni z największego cyrku antycznego Rzymu miejsce intymne, podobnie jak Royal Albert Hall w Londynie. To rodzinne przyjęcie, kominek, album ze zdjęciami i wspólne muzykowanie. A każde z tych zdjęć to jakiś ulubiony numer mistrza, od najstarszego „Fat Old Sun”, przez oczywiste „Wish You Were Here” i terapeutyczne „Coming Back to Life”, po jak zwykle triumfalne „Comfortably Numb”.
Owa rodzinność koncertu jest wręcz dosłowna, gdy słychać obecną w chórkach Romany Gilmour, córkę Davida, najmłodszą z ośmiorga jego dzieci. Jej głos brzmi także na pierwszym planie „Between Two Points” oraz „The Piper’s Call”. Nade wszystko, jest dobrym duchem ojca na scenie, przez co mistrz czuje się swobodniej i okazuje się, że uśmiech jest mu nieobcą koncepcją. To wielkie wyróżnienie oraz nadzieja jaką David pokłada w Romany, gdy ta staje przed mikrofonem, aby wykonać „The Great Gig in the Sky” – oczywiście nie sama, tylko towarzysząc Louise Marshall i siostrom Shaw. Zwracam uwagę na tę aranżację klasyka Pink Floyd – harmonijną, spokojną i osobistą, jakże inną od tej, którą znamy w wykonaniu Clare Torry.
I cały koncert właśnie taki jest – intymny, introspektywny, niemal szeptany. Oczywiście takich numerów jak „Sorrow”, „Time”, czy „High Hopes” wyszeptać się nie da – one muszą zabrzmieć kosmicznie, i tak jest w rzeczy samej. Nie mniej magią tego krążka pozostaje to, w jaki sposób całość oddziałuje na mnie jako słuchacza. To czas uchwycony w klepsydrze i przestrzeń ujęta na oprawionym zdjęciu. To nie sentymentalne łzy za pomaleńku odchodzącą legendą, lecz radość z chwil, które udaje mu się, w jakże magiczny sposób, uchwycić tu i teraz. To jest domeną ludzi szczęśliwych, którzy nie żyją żalem (czyli przeszłością), ani strachem (czyli przyszłością). I sam Gilmour przyznał, żadna wcześniejsza trasa koncertowa nie przyniosła mu tyle radości, co ta.
JAKUB OŚLAK



