Decadent Fun Club - OKO

Długo oczekiwany, pełnowymiarowy debiut grupy Decadent Fun Club zatytułowany „OKO” lirycznie rozpostarty jest między mózgiem, a sercem, zaś muzycznie kłania się nie zawsze oczywistej elektronice z lat 80.
Album „OKO” dedykujemy wszystkim, którzy są „w drodze do siebie”. 10 utworów, ułożonych w nieprzypadkowej kolejności, to podróż przez meandry różnych, czasem skrajnych uczuć i emocji. – tak o płycie mówią jej twórcy.
I rzeczywiście, wyprawa jest to różnoraka. Od znanego już od co najmniej roku, singlowego „Tanga”, gdzie mroczna, podszyta erotyką opowieść o zatraceniu w transowym tańcu, podbita jest bardzo miarowym, perkusyjnym bitem i klawiszami, wokół których króluje głos Pawła Ostrowskiego – nieco dekadencki, odrobinę napuszony i kokieteryjny. Motyw tańca przewija się także w kolejnym utworze „Stamina”, choć tu tematyka jest bardziej apokaliptyczna. Brzmieniowo natomiast odnaleźć tu można wpływy Depeche Mode, Erasure, czy pod kątem rytmicznym – New Order. Jeszcze bardziej podnóżkowo robi się w „Haju”, gdzie głos Pawła jest momentami dość wysoki, a wspomniana już walka między sercem, a umysłem wręcz nabrzmiewa, wieńcząc się elementem tytułowym. Nieco industrialnie prezentuje się natomiast nabite, dość mechaniczne i jednocześnie swoiście otumaniające, singlowe „UFO”, przenoszące w bezbrzeżny, pozbawiony natury kosmos. Tę nerwową atmosferę przełamuje zaś „Szary” – powolnie snująca się w rytmie balladowym kompozycja, przypominająca nieco aurę starych dokonań Closterkeller (wokal Pawła), która pod koniec prawie wybucha. Ciekawe wrażenie robi również singlowa „Hydra”, która ma kapitalny groove (utwór zainspirował ponoć Kamil Durski z duetu ATLVNTA), gdzie na moment trudno uwierzyć, że słuchamy grupy stricte elektronicznej, bowiem warstwa muzyczna w dużej mierze jest tu zabarwiona niemalże… rockowo. Ponownie rolę pierwszoplanową rolę odgrywa tu głos Pawła, który chwilami brzmi nawet… dziecięco.
Natomiast zimny tekst wyśpiewywany przez niego w dość figlarnie zaaranżowanej „Prawdzie”, wywołuje bardzo niejednoznaczne wrażenie (przyznaję, że słuchałem tego utworu kilkunastokrotnie i miałem wrażenie, że jego autorzy mocno szydzą). Z kolei „Diabeł”, dotykający zarówno bezsilności, jak i wiary, to jeden z najbardziej poruszających fragmentów płyty – bujnie, acz nośnie zaaranżowany, świetnie musi sprawdzać się na koncertach.
Ale najważniejszym kawałkiem na płycie jest zdaje się kompozycja tytułowa. To tutaj zbiera się esencja tematyczna całego albumu, a w połączeniu z otulającym aranżem, stanowi idealną wizytówkę świata Decadent Fun Club. Album zamyka natomiast kołysząco-syntetyczne „Tam”, w którym gościnnie udziela się Anja Orthodox ze wspomnianego wcześniej Closterkellera, której wokalnie zaskakująco blisko tu chwilami do… Lisy Gerrad .
„OKO” to idealna propozycja dla fanów elektroniki z lat 80., ale nie tylko. Tak otwartego i wbrew pozorom popowego charakteru muzyki, próżno szukać wśród współczesnych wykonawców zwłaszcza młodszego pokolenia, czerpiących z dorobku muzyki elektronicznej lat 80. Decadent Fan Club ma własny i całkiem przystępny pomysł na swoją twórczość, w ramach którego – póki co - płynnie balansuje między światami i kontrastami.
MACIEJ MAJEWSKI




