Deftones - Private Music

(...) płyta po dłuższej znajomości zyskuje za sprawą nie tyle dobrych kompozycji, co kunsztu wykonawczego, smaczkami aranżacyjnymi i tym ciągle obecnym, specyficznym (nostalgicznym?) nastrojem" - to fragment naszej recenzji nowego albumu grupy Deftones "Private Museum".
"(...) płyta po dłuższej znajomości zyskuje za sprawą nie tyle dobrych kompozycji, co kunsztu wykonawczego, smaczkami aranżacyjnymi i tym ciągle obecnym, specyficznym (nostalgicznym?) nastrojem" - to fragment naszej recenzji nowego albumu grupy Deftones "Private Museum".
Historia moich związków z Deftones jest poszarpana i nierówna jak sinusoida. Pamiętam, że przez moment „złapała” mnie płyta „Around the Fur”, potem była przerwa i po raz pierwszy zakochałem się w „Saturday Night Wrist”. Dzisiaj mogę spokojnie powiedzieć, że trzy moje ulubione wydawnictwa ekipy Chino Moreno to wspominany krążek oraz „Diamond Eyes” i „Koi No Yokan”. Pozostałe klocki w dyskografii rejestrowałem na krótko, być może jeszcze do „Deftones” powróciłem na klika chwil. Bardziej interesował mnie fenomen zespołu, który zręcznie potrafi adaptować się do zmieniających się realiów muzycznych. Nie chodzi jednak o to, że zmieniał swoją muzykę, podążając za modami a raczej o fakt, że przetrwał, nie robiąc z siebie pośmiewiska, grając swoje dźwięki, które opierały się temu co działo się w biznesie i pozostały w jakiś sposób osobne. Oczywiście, łatka nu metalu gdzieś tam ciągle się przewijała, ale jeśli nawet na wczesnym etapie zespół faktycznie mógł być z tą sceną kojarzony, w przeciwieństwie do epigonów i pogrobowców Korna przetrwał i trudno dzisiaj łączyć ich z takim nurtem. Na pewno miała w tym swój udział płyta „Saturday…” która zmyła wszystkie, ewentualne negatywne związki z latami 90. Deftones potrafili odciąć się od przeszłości, jednocześnie pozostając takim samym zespołem, który rozpoznaje się od pierwszych dźwięków. Być może trudno szukać na ostatnich płytach odświeżających powiewów, jakie pojawiły się na wspomnianej trójcy, jednak zespół pozostaje aktywny i wyczulony na emocje i klimat w muzyce.
Przyznam, że „Gore” a w szczególności „Ohms” przeszły w moim życiu bez echa a na „Private Music” zwróciłem uwagę ze względu na rzucającą się w oczy okładkę. A skoro już na nią spojrzałem, sięgnąłem też do muzyki, bo zainteresowało mnie, jak po kilku latach bez kontaktu zareaguję na deftones’owe klimaty. I przyznam, że… nie był to jakiś wstrząs, nie było zaskoczenia a raczej spotkanie z dawno nie widzianym znajomym. Bez eksplozji, bez sentymentów. Z mojego punktu widzenia nic się nie zmieniło. Deftones pozostał sobą, jest soczysty i dobrze brzmi. Brakuje mi jednak utworów, które dodałyby tej płycie – mimo wszystko - jakiejś świeżości. Takich, do których w pierwszej kolejności chciałbym wracać. Jeśli już, zwrócę uwagę na mocarny „cut hands” (pewnie ze względu na podobieństwo do motoryki Rage Against The Machine), fajnie skonstruowane, dynamiczne „cXz”. Szkoda, że świetna elektronika zdobi tylko początek „ecdysis”, bo wtedy byłby to mój hit, ale i tak to dobry numer. Gdzieś w refrenie pobrzmiewający, hmm, dalekim oddechem tego bardziej szugejzowego oblicza Deafheaven (podobnie jest z „i think about you all the time” (przyjmuję pisownię z małych liter zgodnie z pomysłem zespołu). Fajny jest nieco nostalgiczny koniec płyty w postaci „departing the body” w którym wychwytuję gdzieś lekkie nawiązania do klimatu „Saturday Night Wrist”.
Finalnie okazuje się jednak, co na pewno jest plusem, że nawet bez ewidentnych bangerów, płyta po dłuższej znajomości zyskuje za sprawą nie tyle dobrych kompozycji, co kunsztu wykonawczego, smaczkami aranżacyjnymi i tym ciągle obecnym, specyficznym (nostalgicznym?) nastrojem. I to powoduje, że lubię słuchać „Private Music”, zatapiając się nie tyle w chwytliwe utwory co w pewną opowieść; być może poszczególne rozdziały nie są przebojowe, ale przekonują jako całość. Problem w tym, że część słuchaczy odpadnie, zanim dotrze do tego momentu. I w tym upatruję słabości tego krążka. A także jego siły…
AREK LERCH



