Fontaines D.C. - Romance

Fontaines D.C. nie zwalniają tempa i dwa lata po "Skinty Fia" przynoszą nowy materiał.
Fontaines D.C. nie zwalniają tempa i dwa lata po Skinty Fia przynoszą nowy materiał.
Kto widział ich na żywo, ten wie, że ta muzyka trafia do serc. Fontaines są fenomenem współczesnego rocka i dobrze zarządzają swoim sukcesem. Wystarczy prześledzić jaką drogę przebyli na naszym rodzimym polu koncertowym – najpierw slot na Offie, później Pogłos, Proxima, a wreszcie warszawska Stodoła oraz poznańska Tama. Za każdym razem pękająca w szwach od tych, co przybyli zaczerpnąć energii i natchnienia od nieśmiałych, nostalgicznych, acz gniewnych młodych ludzi, którzy tak jak i my wszyscy tkwią w tym niepewnym czegokolwiek świecie, czekając na globalny kataklizm.
Gdy słucham ich poprzednich albumów mam wrażenie, że pomimo ich jakości i zasłużonych nominacji do nagród są to rzeczy ogólnie mówiąc podobne. Nie chcę, aby Fontaines D.C. okazali się zespołem jednej sztuczki, tak jak wielu im podobnych, którzy albo kompletnie zgaśli po pierwszej płycie, albo nagrywają jej duplikat raz po raz, albo w kreatywności zgubili tożsamość. "Dogrel", "A Hero's Death" i "Skinty Fia", były wystarczające dobre, aby dostrzeżono firmowy styl Irlandczyków. Teraz, chciałbym usłyszeć coś nowego, zaskakującego, co pokaże, że Fontaines rozwijają się i nie opowiadają do znudzenia tego samego żartu, licząc na identyczny aplauz.
Płyta "Romance" jest strzałem w dziesiątkę. Zespół czyni na niej krok naprzód, pokazując jak dużo ma nam jeszcze do powiedzenia, nie zrywając z dotychczasowym stylem i dorobkiem. Taki balans to sztuka, która często kończy się upadkiem na stronę nudnego powielania albo skoków przez rekina. Tymczasem Fontaines demonstrują zestaw pomysłów, jakie nosili w sobie od jakiegoś czasu, ale które musiały dojrzeć do ogłoszenia ich światu; lub też, to oni sami musieli dojrzeć do takiej decyzji. Nie od dziś wiadomo, że cała muzyka już istnieje; tylko my musimy ją w sobie odkryć. "Romance" jest właściwym do tego momentem, dla zespołu i dla słuchaczy.
Poszczególne utwory powstały z najlepszych pomysłów, jakie każdy członek zgromadził osobno, podczas odpoczynku od zespołu i tourowania. Słychać to w rozpiętości tematycznej, od arcy-mocnego „Starburster” po idealnie kontrastujący z nim marzycielski „Sundowner”. A pomiędzy tą klamrą dzieją się tak wyborne rzeczy, jak otwierający numer tytułowy, niczym rozbudowane intro do właściwego uderzenia (zupełnie jak „Bombtrack” na debiutanckiej płycie Rage Against The Machine). Ale zaraz potem mamy poetyckie, niepokojące „In The Modern World”, lekkie, alternatywne „Bug”, a pod sam koniec przebojowy „Favourite”, który wręcz ociera się o Brit-pop.
Tułający się po korytarzach wyobraźni Grian Chatten udowadnia, że jego możliwości wokalne rosną wraz z osobowością artystyczną, która nie pozostaje obojętna na otaczający go świat. Odpowiedzialni za poukładanie muzyki Carlos O’Connell i Conor Deegan dostarczają być może najodważniejszy, a jednocześnie najlepiej poukładany muzycznie materiał. Te numery stały się głębsze, dopracowane, wielowarstwowe i zgrane. Zapewne zasługa w tym Jamesa Forda w fotelu producenckim, z którym pod względem zleceń może konkurować tylko Andrew Watt. Można powiedzieć, że z melancholijnego Dublina przeniósł ich do kosmopolitycznego Londynu. Możemy wybrać losowo dwa numery z tej płyty i nie będą one brzmiały podobnie. O ile na „Starburster” Fontaines brzmią ‘po staremu’, to „Sundowner” można pomylić jako kawałek Slowdive. Irlandzycy nie boją się swoich inspiracji i fascynacji, i transmitują je, świadomie lub nie, w nowej muzyce. Puryści mogą być sceptycznie nastawieni do takiego pomysłu, ale efekt jest wciągający, porywający i dojrzały.
Fontaines brzmią chwilami jak The Smashing Pumpkins, The Cure czy The Stone Roses; ale za każdym razem ich tożsamość jest bezpieczna. "Romance" to triumf mentalny – przesunięcie swoich granic i uwolnienie się od nagromadzonego bagażu.
JAKUB OŚLAK


