Fontaines D.C.

23 sierpnia nakładem XL Recordings ukaże się długo oczekiwany, czwarty album irlandzkiej grupy post-punkowej Fontaines D.C. Wcześniej jednak zespół ruszył w trasę koncertową, w ramach której wystąpi 18 czerwca w warszawskim klub Stodoła oraz 19 czerwca w poznańskiej Tamie. Kilka dni wcześniej miałem możliwość porozmawiania z jego gitarzystą, Conorem Curleyem, który nie tylko opowiedział mi o nadchodzącej płycie, ale także o dość nietypowym koncercie, jaki Fontaines D.C. zagrali w byłym dublińskim więzieniu oraz o tym, czego możemy spodziewać się na nadchodzących koncertach.
MM: „Romance” to pierwsza płyta, którą nagraliście z producentem Jamesem Fordem, znanym ze współpracy z Depeche Mode, Arctic Monkeys, czy Pet Shop Boys. Zdaje się, że miało to kluczowe znaczenie w przypadku tego materiału, bo ma on specyficzną dramaturgię, piosenki są klimatyczne i dość filmowe?
CC: Masz rację. Chcieliśmy, by ten album miał wydźwięk nieco teatralny i właśnie filmowy. Wszyscy w zespole oglądamy dużo filmów, co jest nie bez znaczenia. Ogromne wrażenie zrobiła na nas duńska na przykład trylogia „Pusher” (w reżyserii Nicolasa Windinga Refna – przyp. MM). Tytuł płyty pojawił się jeszcze zanim zabraliśmy się za pisanie większości piosenek. Nawet jeżeli któraś z nich miała dość wesoły wydźwięk, przepuściliśmy ją przez zespołowy filtr melancholii. A James Ford przede wszystkim pomógł nam to wszystko poukładać i pozbierać do kupy. Jeśli na demówkach wykreowaliśmy na przykład potężnie brzmiące bębny, James ich nie redukował, tylko raczej starał się, byśmy wokół nich tworzyli i aranżowali daną kompozycję. Myślę, że zrobił świetną robotę.
MM: Jako pierwszy singiel wypuściliście utwór „Starburster”, zainspirowany atakami paniki Griana Chattena. Stąd słychać w nim ostre wdechy. Czemu więc w ostatniej sekundzie utworu po ostatnim takim wdechu pojawia się śmiech?
CC: (śmiech) To jeden z takich momentów, który zarejestrowaliśmy w studio. Grasz, nagrywasz kilka wersji i w którejś z nich pojawił się ten śmiech. Nie pamiętam już kto się zaśmiał, ale tak to zostawiliśmy. Potem podczas miksów, usłyszeliśmy ten śmiech ponownie, ale postanowiliśmy go nie wycinać. Jesteśmy jednym z tych zespołów, które docenia proces pracy w studio, łącznie ze wszystkimi przypadkowymi zdarzeniami, które mają w nim miejsce. Tak zresztą nagrywało się w dawnych czasach. Uwielbiamy płyty ze wszystkimi wtopami, błędami, sprzężeniami itd. To pokazuje czynnik ludzki, co jest czyni z całoci element naturalny. Nie cierpię tych wszystkich sterylnych płyt, robionych z klikiem od linijki.
MM: Grainowi nadal zdarzają się ataki paniki?
CC: Dziś radzi sobie znacznie lepiej. Od tamtej sytuacji na St. Pancras, nie miał chyba ataku, a przynajmniej mnie o tym nic nie wiadomo.
MM: Wiem, że piosenki na „Romance” krystalizowały się w różnych miejscach: Carlos O’Connell wyjechał do hiszpańskiej Kastylii-La Mancha, Grian spędzał czas w Los Angeles, a Conor w Paryżu. Czy tak odmienne otoczenia, w których przebywaliście, miały wpływ na ostateczny kształt tego albumu?
CC: Tak i nie. Oderwanie się od życia w Londynie, w którym mieszkamy od paru lat, pomogło rzeczywiście w procesie twórczym. Każdy z nas nasiąkał miejscem, w którym się znajdował i czerpał inspiracje do tworzenia. Natomiast fakt, że spędziliśmy ten czas także z dala od siebie, paradoksalnie pomógł scementować zespół. Kiedy w końcu się zebraliśmy, każdy był nakręcony, by pokazać, co zrobił ‘na wyjeździe’ (śmiech). Chyba jako jedyny zostałem w mieście, bo wynająłem maleńkie studio i tam pisałem. Nie pracuje mi się dobrze poza otoczeniem, które znam, więc nigdzie się nie ruszałem specjalnie. Nie potrzebuję też super-komfortowych warunków. Im bardziej gównianie, tym lepiej (śmiech). Ale to nie tak, że tworzymy tylko w odosobnieniu, bo bierzemy też sprzęt nagrywający na trasy, by w każdej chwili rejestrować pomysły. To może być zwykły dyktafon lub większa maszyna rejestrująca. Kluczem jest właśnie ten wczesny zapis, bo tam są zręby najlepszych pomysłów. Łatwo wtedy wpaść w rytm, ale ciężko go odtworzyć ponownie. Wtedy przydaje się właśnie jakiś sposób zapamiętania. A parę razy już straciłem zajebiste pomysły na piosenki, bo ich nie zapisałem, sądząc, że spokojnie wrócę do nich później...
MM: Wiesz, że Keith Richards stworzył riff do „(I Can’t Get No) Satisfaction” tylko dlatego, że włączył magnetofon tuż przed zaśnięciem?
CC: Wiem, bo miewam podobnie! Tuż przed snem, łapią mnie czasem świetne pomysły na melodie albo harmonię i muszę szybko to nagrać! To strasznie wkurwia moją dziewczynę, bo ją rozbudzam nuceniem, czy mruczeniem (śmiech). A ponieważ każdego twórcę dopada prędzej, czy później blokada twórcza, tym bardziej warto gromadzić wszelkie pomysły.
MM: Które zatem z nich weszły na „Romance”?
CC: Napisałem „Sundowner” i również go zaśpiewałem.
MM: Pieśń zachodzącego słońca.
CC: Dokładnie! Jest w nim duża przestrzeń, mój głos jest na pogłosie. To nie do końca jest letni hit, ale ma w sobie coś ujmującego.
MM: Z kolei w utworze „In The Modern World” padają słowa: „(…)Nie czuję nic, nie czuję się źle. To bezpośredni wyraz odbioru codzienności z perspektywy waszego zespołu?
CC: Niekoniecznie. Znaczna część płyty jest raczej wyrazem fantazji. W „In The Modern World” śpiewamy o świecie współczesnym, w którym nawet jeszcze nie jesteśmy… Na razie mierzymy się z hiperkapitalizmem, upadkiem wartości oraz utratą więzi emocjonalnych. Jesteśmy jednym z tych pokoleń, które wychowywało się jeszcze bez smartfonów. Przeżyliśmy bez nich całe dzieciństwo. A teraz dwudziestolatki używają aplikacji i social mediów do komunikowania się. Nie muszą się nawet widzieć, wystarczy, że do siebie piszą! A kiedyś podbijało się do sąsiada i normalnie się widywało. Teraz ludzie muszą się zapowiadać wcześniej, że przyjdą... Myślę, że z muzyki naszego zespołu wyziewa nostalgia za dawnymi czasami i „Romance” nie jest pod tym względem wyjątkiem.
MM: A czy okładka tej płyty również jest wyrazem fantazji?
CC: Tym razem za okładkę odpowiada Carlos. Wszyscy jesteśmy wkręceni w science-fiction i rzeczy mocno oddziałujące wizualnie. Poprzednie okładki naszych płyt były raczej przyziemne, może poza „Skinty Fia”. Tym razem chcieliśmy zwrócić się bardziej w stronę abstrakcji i zabawy formą.
MM: Kilka lat temu zagraliście dość niecodzienny koncert w dublińskim Kilmainham Gaol – byłym więzieniu. Jak do tego doszło?
CC: To miało miejsce w okresie pandemii. Zagraliśmy dzięki organizacji Other Voices, która organizuje od wielu lat coś na kształt festiwalu. A ponieważ w pandemii z wiadomych powodów nie mogliśmy grać regularnych koncertów, organizatorzy postanowili wykorzystać takie nieużywane wówczas przestrzenie i zaproponowali nam występ właśnie w Kilmainham Gaol. Jako, że nie było turystów (Kilmainham Gaol pełni funkcję muzeum – przyp. MM), przeszliśmy wszystkie testy, obsługa także i zagraliśmy. Historia Kilmainham Gaol sięga chyba XVII wieku. Jest ogromną częścią dziedzictwa Irlandii i walki o niepodległość. Dla nas był to także zaszczyt, a granie tam takich utworów jak „Dublin City Sky”, było czymś niesamowitym i poruszającym. Polecam wszystkim to miejsce nie tylko ze względu na wartość historyczną.
MM: Domyślam się, że w środku panowała też specyficzna akustyka?
CC: O, to było szaleństwo. Dźwięk się dość mocno odbijał lub ginął w pomieszczeniach, w których były cele. Nagłośnienie tego odpowiednio, było dość złożone. Ale z pomocą ekipy Other Voices – udało się to zrobić.
MM: Za kilka dni ponownie za gracie w Polsce – w Warszawie i Poznaniu. Byłem na waszym koncercie dwa lata temu i przyznaję, że był on nagłośniony dość kiepsko. Czego możemy się spodziewać tym razem?
CC: Na pewno lepszego nagłośnienia (śmiech). Staramy się przykładać do tego dużą wagę, ale z perspektywy sceny, nie zawsze jesteśmy w stanie ocenić, czy brzmimy dobrze, bo słyszymy się tylko w odsłuchach. A zdarzało nam już w naprawdę koszmarnych miejscach… Tym razem jednak będzie dużo lepiej dźwiękowo.
MM: Zagracie coś więcej z nowej płyty, oprócz „Romance” i „Starburster”?
CC: Gramy jeszcze „Favourite” – ostatni utwór z płyty. Zobaczymy. Na próbach ćwiczyliśmy większość materiału z nowej płyty i osobiście nie mogę się doczekać, aż zaczniemy grać ten, o którym już rozmawialiśmy – „In The Modern World”.
MM: Grian wydał w ubiegłym roku solowy album „Chaos For The Fly”. Czy któryś z was planuje także działać pod szyldem solowym?
CC: Szczerze mówiąc, nie wiem. Sam czuję się spełniony, grając i tworząc w Fontaines D.C. I wystarczająco obciąża mnie udzielanie się także publicznie przy promocji w zespole, więc nie wiem, czy zdecydowałbym się na to samo w przypadku działań solowych (śmiech).


