Hypnosaur - Doomsday

Rockowa formacja Hypnosaur wreszcie wydała pełnowymiarowy debiut. „Doomsday” to energetyczna gitarowa zabawa.
Hypnosaur to multiwymiarowy wszechwieczny byt, istniejący poza czasem i przestrzenią. Jego obecność była zauważana od zarania dziejów, a przekazy to dokumentujące pojawiają się tak długo, jak istnieje cywilizacja. Obecnie przejawia się poprzez soniczny przekaz, którego jesteś świadkiem – takie info promocyjne widnieje w materiałach o zespole, który nie składa się jednak z debiutantów. Kwartet ten tworzą bowiem muzycy znani wcześniej z grup Jane Doe, The Assblasters, Saint Hex, czy Toxxxik Flash. Na szczęście w przypadku tego, co słychać na „Doomsday”, trudno o przeważający wpływ którejkolwiek z wymienionych kapel. To bowiem 38 minut rockowej jazdy, w której mieszają się różne wpływy. Mamy więc wyłaniającą się z mroku przebojowość w tytułowym „Doomsday” i kolejnym „The Hole”; wpływy brytyjskiej new rock revolution w „Desert Tornado”; stadionowy rock w „On The Run (Bang Bang)”, czy popisy w „Circle” (świetna partia klawiszy, na których gra wokalista Bartosz Kulczycki oraz soczyste solo na gitarze Michała Siedleckiego). Do tego rasowe, choć odrobinę niepokojące „They Come Out At Night”, witalny „Godfucker” (z nieco industrialnym refrenem) i piszczałowo-oleiste „Follow/Shadow”. Finał płyty to radiowy wręcz „Heart Of Stone” i kapitalnie zwarty instrumentalny „Huisuke”.
Hypnosaur ma szansę przebić się znacznie dalej, bo ich twórczość ma w sobie nie tylko dużą dozę nośności, ale przede wszystkim luzu. Nie słychać w tym spiny, lecz przede wszystkim dobre zgranie. Czekam na ciąg dalszy tej przygody.
MACIEJ MAJEWSKI




