Iggy Pop - Every Loser

RecenzjaIggy PopAtlantic Records2023
Iggy Pop - Every Loser

Iggy Pop wydał znakomity pełen energii album "Every Loser", na którym otoczył się plejadą gwiazd muzyki rockowej.

Na zachodzie bez zmian. Wujek Iggy Pop cieszy się pełnią zdrowia, chociaż przezornie zapowiedział, że nie będzie już skakał w tłum ze sceny (nie te lata). Wydał za to nowy longplay, pierwszy od wybuchu pandemii. I nie jest on z tego tytułu ani depresyjny, ani akustyczny, ani nagrywany w domu. Wprost przeciwnie; Iggy otoczył się gronem sławnych krewnych i znajomych, z których każdy dostaje szerokie pole do popisu w tej swobodnej, luźnej, energicznej płycie. To podobny casus do "Post-Pop Depression" sprzed 6 lat, gdzie Iggy praktycznie przekazał stery nowego albumu w ręce Josha Homme i reszcie muzyków Queens of the Stone Age. W wieku 76 lat nie musi dbać osobiście o każdy szczegół swoich płyt; niech się wykazują młodsi. On tu jest twarzą, nazwiskiem, figurą, głosem, duchem, osobowością; ale za sterami stoją inne legendy, w tym Duff McKagen, Chad Smith, Josh Klinghoffer, a także Stone Gossard, Travis Barker, Chris Chaney i Dave Navarro, oraz pośmiertnie Taylor Hawkins.

Być może największym spiritus movens całego przedsięwzięcia jest Andrew Watt, producent i gitarzysta, który w ostatnim czasie wyrasta na najgorętsze nazwisko do pracy studyjnej. To on opiekował się ostatnim albumem Ozzy’ego Ozborne’a, a także solowym Eddie Vedderem, co tłumaczy obecność tu i tam wielu nazwisk z tych samych źródeł (Pearl Jam, RHCP). Poza nazwiskami, ewidentny jest jego wkład w sposób napisania "Every Loser", oraz efekt końcowy po pracy studyjnej. Iggy brzmi nowocześnie, można powiedzieć, popowo. Watt dba o rolę studia i elektroniki w całości układanki, producenckie warstwy, plan nagrań, inżynierię dźwięku; słowem, "Every Loser" to w dużej mierze jego dziecko. Wszędobylskość Watta, jego pomysłowość, wyskakiwanie przed szereg, a nawet z lodówki może być drażniąca; ale efekt jest znakomity. "Every Loser" to świetna płyta, a wujek Iggy wszelką krytykę pod adresem swojego producenta kwituje uśmiechem i środkowym palcem.

O sile tej płyty stanowi nie tylko jej energia i dbałość o szczegóły na zapleczu, ale przede wszystkim punkowy luz w gaciach, który nie opuszcza Iggy’ego nawet w październiku jego życia. Przy tych numerach chce się skakać, biegać, działać, dać ujść wywołanej rockowej energii – „The Regency”, „Frenzy”, „Modern Day Rip-Off”, „Neo Punk” i dać się porywać raz po raz. Obok punkowych numerów wyraźnie brzmią współcześnie nowofalowe „Strung-Out Johnny” i „Comments”, ponure „All the Way Down”, a przede wszystkim „New Atlantis” (pean na cześć Miami na Florydzie),. To właśnie oba oblicza tej płyty – dzikie i szalone, oraz miłe i sympatyczne – wypis-wymaluj Iggy Pop. Jak już wspominałem, dla niego rzeczy dzieją się same. To przecież on w wieku 76 lat podpisał nowy kontrakt z legendarnym Atlantic Records, także za pośrednictwem Watta. To on, pozornie styrany życiem, ma je całe wciąż przed sobą, a inni sami garną się w kierunku jego osobliwego blasku.

Od czasu "Post-Pop Depression", Iggy przeżywa coś w rodzaju pozytywizmu swojej kariery (bo renesans i barok już przeżył). Wróciła oświecona praca u podstaw albumu, powierzanie ról i delegowanie zadań, dyrygowanie całością z tyłu tour-busa, w cieple i blasku słońca. Iggy znowu jest sławny, publiczność znowu chce go słuchać i razem z nim rozwalać tę budę (patrz DVD "Post Pop Depression - Live At The Royal Albert Hall"). Ba, jestem pewien, że gdyby Iggy wydał płytę z recytacją poezji, albo po prostu gadaniem do słuchaczy, odniósłby równie duży sukces. Jego historia, wiekowy optymizm i niewyczerpana energia to niezwykły magnes dla dusz szukających wskazówki. Zresztą, Iggy sam znalazł ją u kogoś, a teraz przekazuje ją dalej. I nawet jeśli na chwilę zatrzymuje się, aby filozoficznie przemówić: The problem with life is that it stops, to zaraz przechodzi do kolejnego numeru, kolejnych riffów i kolejnych słów, a wraz z nimi kolejnego napadu energii. Korzystajmy z tego, póki możemy.

Powiązane materiały