Iggy Pop – Live At Montreux Jazz Festival 2023

Nowy album koncertowy Iggy’ego Popa jest potwierdzeniem energii scenicznej dziadka amerykańskiego punk-rocka, oraz zastrzykiem motywacji dla tych, co czują się zmęczeni.
Wujek Iggy Pop nie zwalnia tempa. Gdy wchodził na deski Stravinski Auditorium w szwajcarskim Montreux w 2023 miał 75 lat i jak słychać nadal ma w sobie pokłady nitrogliceryny. Jego postać to rock’n’roll we własnej osobie – życie na krawędzi, pionierski performance sceniczny i początek amerykańskiego punk rocka, oraz głęboka osobowość wrażliwa na sztukę. Iggy nie raz przetrwał własną śmierć i póki co wygrywa ze swoimi nałogami, a jego persona i postawa artystyczna pozwala mu na trzymanie się we wciąż świetnej formie fizycznej i psychicznej.
Iggy oddycha sztuką, a jego zwierzęcy magnetyzm zjednuje mu publiczność, współpracowników i słuchaczy. Iggy pojawia się w filmach, u Jima Jarmusha czy w kultowym „Beksie” i „Hardware”, nie ze względu na talent aktorski, lecz charyzmę. Tą samą, która pozwala mu w wieku 75 lat stać na scenie bez koszulki, rzucać się w tłum i dyrygować publicznością. Ktokolwiek inny na jego miejscu zostałby uznany za wariata i pochwycony przez ochronę. Właśnie po to przychodzimy oglądać go na żywo; nie dla cyrku, lecz dla niewyczerpanej energii, jaką w sobie nosi.
Iggy jest ostatnim żyjącym członkiem The Stooges i powiernikiem pieśni tego pionierskiego amerykańskiego zespołu. Jego szwajcarski set był pół na pół wypełniony klasykami The Stooges i solowymi numerami. W jego przypadku te dwa worki mieszają się i nie ma pomiędzy nimi cezury. Nie ma sensu nawet ich wymieniać, wiadomo że będą w secie. Ale, co najistotniejsze, zostały wykonane w nietypowych aranżacjach przez siedmioosobowy zespół, łącznie z sekcją dętą. To w końcu Montreux Jazz Festival; zatem, decorum miejsca zostało tu zachowane.
Ale czy dzika muzyka Iggy’ego nie jest sama w sobie złamaniem decorum? Montreux Jazz Festival już od dawna nie jest czysto jazzowy, a na tych deskach Audytorium Strawińskiego i Sali im. Milesa Davisa występy zaliczali już m.in. Mike Oldfield, Sigur Ros, Elton John, Prince i David Bowie. A dla samego Iggy’ego był to nie pierwszy, a trzeci koncert. Iggy lubi czasem zagrać w nietypowym miejscu; wystarczy wspomnieć jego słynne Royal Albert Hall w 2016, podczas którego wysadził w powietrze jakiekolwiek zadęcie i powagę tej sali. Wiem, bo tam byłem.
Gdy słucham Iggy’ego z Montreux czuję się nasycony energią w takim samym stopniu, jak wtedy, gdy oglądałem go lądującego w tłumie Royal Albert Hall, z którym ochrona miała niemały kłopot. Iggy atakuje słowami, negliżem, skokami w tłum i scenicznym hajem; a w Montreux dodatkowo podbija to wszystko jazzowa, nowoorleańska aranżacja jego klasycznych kawałków. To wszystko jest gorące i szalone, czuć jego pot, krew, i łzy szczęścia, gdy wciąga na scenę małego chłopca, dla którego mógłby być dziadkiem, aby ten zaśpiewał z nim chórek „Pasażera”.
Taki półtoragodzinny występ na najwyższych obrotach musi osobę w wieku Iggy’ego kosztować bardzo wiele (pamiętamy, jak pomagano mu schodzić ze sceny na Narodowym). Ale jego i nasza nagroda jest tego warta. Warto wspomnieć, że jakość nagrania, jak wszystko co oficjalnie wydane z Montreux, jest niezwykła – krystaliczna i sugestywna. Iggy Pop to power bank, któremu warto jest powierzyć swoje baterie życiowe i czerpać inspirację i motywację do działania. Nie tylko przez muzykę i życiowy bagaż, ale samą postawę sceniczną i publiczną osobowość.
JAKUB OŚLAK



