Józef Skrzek - Non Omnis Moriar

„Non Omnis Moriar” to pierwsza w trzech zapowiedzianych na rok 2025 solowych płyt Józefa Skrzeka, lidera SBB, jednej z najwybitniejszych postaci rodzimego prog-rocka.
Dorobek solowy Józefa Skrzeka to temat jeszcze bardziej niezbadany i bezkompromisowy, co samo SBB. Ten legendarny zespół progresywny, który zasługuje na większą rozpoznawalność w skali międzynarodowej, od samego początku przecinał linie gatunkowe, burzył podziały i tworzył nowe światy. Jazz-rock/Fusion, blues-rock, rock symfoniczny, funk i elektronika, jeden wielki eksperyment. A u solowego Skrzeka jest jeszcze barwniej, albowiem sięga on po te kierunki, na które w SBB nie starcza miejsca - ambient, kosmos, szkołę berlińską, ballady wokalne, spoken word, muzykę filmową, poważną, a nawet sakralną (kantaty, kolędy). To człowiek-orkiestra z chórem dziecięcym, niezawodnym Minimoogiem, harmonijką ustną i wiarą w sercu.
Owa wiara jest w muzyce Skrzeka nieodłącznym elementem i od dawna stanowi źródło jego natchnienia. Być może w samym SBB nie jest to aż tak oczywiste, ale w jego przepastnym katalogu solowym bez trudu usłyszymy całe albumy, które w mniej lub bardziej bezpośredni sposób są wyrazem duchowego zaangażowania. Co warto podkreślić, Skrzek nie jest artystą, który usiłuje kogokolwiek ‘nawracać’, ale w swojej sztuce poszukuje terytoriów sprzyjających medytacji, zadumie, być może modlitwie, a nawet żałobie. Rozpiętość jego solowych zainteresowań jest zbyt szeroka, aby zmieścić je pod wspólnym mianownikiem; ale gdyby trzeba było coś wskazać – to jego duchowa podróż. W końcu ‘Viator’ oznacza po łacinie podróżnika.
Jego nowy album „Non Omnis Moriar” doskonale się w tę tendencję wpisuje. Ta z kolei łacińska sentencja autorstwa Horacego oznacza ‘nie wszystek umrę’, co zwykło interpretować się jako wyraz nieśmiertelności artysty osiągniętej dzięki jego dziełom; aczkolwiek, w tym konkretnym przypadku, te słowa wyrażają nadzieję, pamięć o zmarłych i należny im szacunek. Tę płytę zainspirowały pewne bardzo konkretne, tragiczne zdarzenia, a mianowicie przedwczesna śmierć nastoletniego Maksymiliana Malinowskiego spowodowana złośliwym nowotworem mózgu. To jego głos słychać w trakcie albumu, nagrany podczas rozmów z tatą Henrykiem, a także przy czytaniu wierszy „Pan Maluśkiewicz i wieloryb” Tuwima, oraz „Dwa koguty” Wandy Chotomskiej. Śmierć najbliższych nie jest dla Skrzeka tematem obcym – trzy lata temu odeszła jego żona Alina, jego wieloletnia muza, towarzyszka życia i sztuki; wcześniej, zmarł jego brat Jan.
„Non Omnis Moriar” to być może pierwszy premierowy materiał Skrzeka od czasu pożegnania z Aliną; jego wydźwięk musi więc być dla niego bardzo osobisty. Album przepełnia atmosfera żałoby i zadumy, lamentu i elegii. To muzyczny odpowiednik Trenów Kochanowskiego – 20 krótkich kompozycji, zróżnicowanych pod kątem brzmienia i środków wyrazu, tworzących razem kalejdoskop wspomnień o Maksie. To zbiór dźwiękowych fotografii, które z jednej strony cieszą serce i leczą duszę, ale z drugiej bolą i wpędzają w nastrój melancholii, wręcz pokuty.
„Non Omnis Moriar” jest albumem statycznym, chwytającym w dźwięki chwile, wspomnienia i emocje, które zamieniają się we łzy. Nie mogę oprzeć się porównaniom do This Mortal Coil, gdzie również słychać miniatury, głosy dzieci, kantaty, partie chóralne i zadumę. Podobnie jak tam słychać kontralt Lisy Gerrard, tak niewątpliwą ozdobą albumu Skrzeka jest sopran Kariny Trapezanidou-Skrzeszewskiej. Jej operowy lament, wraz kościelnymi organami wspomaganymi przez modulacje nieodłącznego Minimooga, nadają tej płycie atmosferę intymnej podniosłości, samotnego czuwania w opuszczonej świątyni. To dlatego muzyka Józefa Skrzeka tak dobrze odnajduje się w obiektach sakralnych, pełna autentycznego monologu duchowego i skupienia.
Jeszcze jednym, ale bardzo wyraźnym skojarzeniem muzycznym z „Non Omnis Moriar” jest Zbigniew Preisner i jego ścieżki dźwiękowe do „Dekalogu” i „Trzech kolorów”. Nie chodzi tu wyłącznie o element śmierci (w pierwszej części Dekalogu ginie tragicznie młody chłopiec, a w Niebieskim dziewczynka i jej ojciec, kompozytor). Brzmienie „Non Omnis Moriar” bardzo dobrze pasuje do estetyki ilustracyjnej, którą nazwałbym charakterystyczną dla europejskiego kina psychologicznego. To ujęcia głównych bohaterów w chwilach ich największego dramatu, bólu i zwątpienia, słabości rzucającej na kolana, utracie wiary i nadziei. Nie mam wątpliwości, że nie są to emocje obce zarówno rodzicom Maximiliana, jak i samemu Józefowi Skrzekowi.
„Non Omnis Moriar” to przepiękny, wzruszający album pełen zaklętych obrazów i psychologicznych pejzaży. To demonstracja doświadczenia Józefa Skrzeka, jego wrażliwości transmitowanej przez organy kościelne, klasyczny fortepian i syntezator Minimoog (czemu nie jest on wymieniany jednym tchem obok Ricka Wakemana i Vangelisa?). Słowa uznania należą się także pasjonatom z GAD Records, którzy dbają o dystrybucję najnowszych dzieł mistrza, o wznowienia jego starych ‘zagubionych’ płyt solowych, jak i całej serii koncertówek SBB. Nigdy nie jest za późno, aby odkryć taki skarb jakim jest Józef Skrzek i jego dziedzictwo twórcze; wielu z nas wciąż może nie być świadomym bogactwa jego dorobku. Ostatecznie, non omnis moriar.
JAKUB OŚLAK



