Józef Skrzek

WywiadMaciej MajewskiJózef Skrzek
Józef Skrzek

„Odyseja Miłości” to swoiste ukoronowanie poszukiwań Józefa Skrzeka, któremu od dawna marzyła się muzyka uniwersalna. Jednocześnie ten dedykowany pamięci Aliny Skrzek koncert z czerwca 2023 roku, pełen gości i zaskakujących brzmień, stanowi jedno z najważniejszych, jeśli nie najważniejsze muzyczne dzieło lidera SBB. O pomyśle, realizacji, idei, a przede wszystkim niezwykłemu oddaniu uczuć muzyce sam autor opowiedział w poniższej rozmowie.

MM: Od kogo wyszła idea „Odysei Miłości”?

JS: Wszystko, co jest związane z „Odyseją Miłości”, wyszło ode mnie. Miałem możliwość zagrania w znakomitym miejscu z organami oraz z artystami największej bliskości dla mnie. Zaprosiłem Symfonię Beskidów – wspaniały zespół góralski. Na organach piszczałkowych zagrał profesor Henryk Jan Botor, który jest moim partnerem muzycznym od lat. Wielokrotnie graliśmy różne koncerty organowo-elektroniczne. Zaprosiłem też Mirka Muzykanta oraz Steve’a Kindlera, z którymi grałem w Teatrze Witkacego przez 4 sezony sztukę „Halny”, która cieszyła się ogromnym powodzeniem. Wreszcie – zaprosiłem moją córkę Elę, która zaśpiewała premierowo teksty mojej żony, Alinki oraz dwie sopranistki: Karinę Skrzeszewska-Trapezanidou – pół-greczynkę z Wrocławia, z którą także współpracowałem wcześniej oraz Olę Poniszowską, która zaśpiewała ze mną w finale koncertu. Na koniec zaprosiłem jeszcze Chór Oktoich, z którymi nagrałem „Kazania Świętokrzyskie”. Wszyscy ci muzycy byli przyjaciółmi mojej Alinki i bardzo chcieli dla niej zagrać. Poprzez muzykę wyrazili wobec niej uczucia. A jak przekazać miłość inaczej, niż dźwiękami i słowami? To był koncert życia dla Alinki.

MM: A czy repertuar też w jakimś stopniu stanowiły ulubione utwory Pana Żony?

JS: Wiem, że chciała bardzo, żeby te utwory były grane. Na przykład „O Ziemio” został wykonany wcześniej przez dzieci ze szkoły nr 13 w Siemianowicach Śląskich. Alinka była bardzo uczuciowa. Nigdy nie kazała niczego robić. Raczej cieszyła się, że ktoś coś zrobił dla niej. Wybrałem takie utwory, za pomocą których właśnie najlepiej było nam przekazać te uczucia, fantazje, miłość.

MM: „Odyseja Miłości” oprócz tego, że realizuje ideę muzyki uniwersalnej, o którą Pan zabiegał, ma też bardzo zróżnicowaną, ale i zaskakującą aurę. Na przykład „Apokalipsa” wbrew raczej wstrząsającemu tytułowi, jest niezwykle pogodna.

JS: Powołam się po raz kolejny na tę uczuciowość, którą wypełniliśmy te utwory. Starałem się te wszystkie muzyczne różności, które są wokół mnie jakoś zebrać w całość. Czułem się na tym koncercie jak dyrygent. Dzięki temu, że grałem na wszelkiej maści instrumentach elektronicznych, miałem okazję do stałej orkiestracji. Wszystkich nas połączył jakiś dziwny wewnętrzny stan, dzięki czemu jako muzycy z różnych muzycznych światów, byliśmy się w stanie wyczuć.

MM: Na płycie są dwa „Intermezza”, które napisał Pan wspólnie ze wspomnianym profesorem Henryk Jan Botorem.

JS: Tak, to są nasze swoiste wariacje na temat. Kreujemy w nich bardzo różny sposób. Mówimy sobie na przykład, że to będzie kadencja, a potem gramy ją w odpowiedni sposób. Nie ma znaczenia tonacja – po prostu kreujemy i interpretujemy na żywo, na bazie kilku zdań, które wcześniej do siebie wypowiedzieliśmy.

MM: A jak podeszliście ze Stevem do „Cody”, bo to najdłuższy utwór na tym koncercie?

JS: Steve mnie zaskoczył, bo powiedział mi, że ma specjalny utwór dla Alinki. I on właśnie stał się bazą dla tego, co zrobiliśmy w „Codzie”. Wokół niej zaczęliśmy dogrywać kolejne partie, po czym wjeżdżają organy i syntezator, dzięki którym następują kolejne rozwinięcia. „Coda” jest prawdą tamtego momentu i tamtej chwili.

MM: Ma Pan ulubiony fragment tego koncertu?

JS: „Zmartwychwstanie”, które gramy na początku koncertu, zawsze bardzo mocno mnie porusza. Grałem i gram je po prostu wszędzie! Wielokrotnie żegnałem tym utworem moich przyjaciół, w tym Andrzeja Górnego, Jurka Kawalca, Kamila Durczoka. To jest nieprawdopodobny utwór z tekstem Alinki. Niesamowicie buduje się ten utwór i z każdym jego wykonaniem, jestem nim ogromnie poruszony. A jeśli po stracie kogoś jesteś w stanie się zbudować, to jesteś niezwykły.

MM: Pamiętam Wasze wspólne zdjęcia i Wy chyba bardzo z Żoną kochaliście góry?

JS: Też, chociaż Alinka jest znad morza! Jest rusałką. Od dwóch lat nie jeżdżę już nad morze, bo Jej nie ma. A bywałem tam zawsze. Miałem tam nawet mieszkać! Kochaliśmy przestrzenie. I tak jak mówiłem znamiennie o Alince, że jest moim morzem, tak w górach odnajdywaliśmy te przestrzenie także. Najpierw ukochaliśmy Beskidy, a w ostatnich latach Sudety. Myślę, że te przestrzenie dały też odpowiednią dramaturgię „Odysei Miłości”.

MM: „Groniczek i Doliny” to pierwsze wejście góralskie na tym koncercie. Ale są też „Góry tańczące”, zagrane dwukrotnie, gdzie na bis dołączyła do Was publiczność.

JS: To było niesamowite. „Góry Tańczące” zagrałem kiedyś w innej instrumentacji, natomiast tutaj poprosiłem Symfonię Beskidów, by to poruszyli. Poszło to wspaniale. To również znaczący utwór dla mnie, dla Alinki… Dla nas wszystkich, bo przecież my przez lata w tych górach byliśmy praktycznie cały czas!

MM: „Odyseję Miłości” zagraliście bez żadnej przerwy? To prawie 2 i pół godziny muzyki.

JS: Bez żadnej przerwy. Wszystko jest zagrane jeden do jednego, od ręki. Publiczność weszła z nami w tę opowieść, w tę bajkę. Była bardzo skupiona przez cały czas, aż do bisu. Takie rzeczy nie zdarzają się często. Myślę, że to też wspaniały prezent dla Alinki, która była ze mną prawie pół wieku. Dzieliła ze mną wszystkie trudy. Wyłapywała też wszystkie fałsze w show biznesie. Wychowała nasze córeczki i sprawiła, że nasza rodzina była i jest prawdziwa.

MM: Dziękuję za rozmowę.

FOTO: Przemysław Pomarański

Powiązane materiały