Kasia Lins - Omen

Czwarty solowy album Kasi Lins okazuje się najbardziej mrocznym i surowym dziełem w jej dotychczasowym dorobku.
„Omen” to kolejne zaproszenie autorki do jej wyimaginowanego świata, a właściwie – kolejnej jego części: mrocznej, przepełnionej pustką, trochę odrealnionej, smutno-gorzkiej i… zbrodniczej. Jego bohaterka lawiruje między miłością, śmiercią, pustką, pożądaniem i odpuszczaniem.
Otwierający płytę „Nikogo nie chcę”, daje pierwsze pojęcie muzyczne i liryczno-krajobrazowe całości. Pożądliwość podsycana przez trujące uczucie, które zdaje się być mocno zarysowane słowami refrenu, a wyśpiewane pół-łamliwym głosem Kasi, zyskuje tu jakiś dodatkowy, niewygodny balast. Wyolbrzymione wrażenie pustki wywołuje natomiast „Nieba nie ma”, w którym bohaterka mierzy się z utratą w iście skrajnym momencie. Utwór ciekawie rozwiązany rytmicznie, wypełniają bębny Wiktorii Jakubowskiej, które zderzają się tu przede wszystkim z gitarą Karola Łakomca – ponownie głównego współtwórcy płyty Kasi. Spore wrażenie robią też instrumenty dęte – tuba, na której zagrał Szymon Klekowicki, a przede wszystkim partie saksofonu Piotra Chęckiego – czarnego konia znacznej części tego albumu. Jest też gitarowo wykoślawiony, wypełniony tęsknotą „Do śmierci mamy czas”, w którym gościnnie udzielił się - zupełnie niepotrzebnie zresztą - WaluśKraksaKryzys. Z kolei narastający „Anioł”, to bodaj jedyny utwór na płycie, odnoszący się w dość poetycki sposób do bieżącej sytuacji w kraju, a cmentarny głos Kasi wywołuje tu momentami niemałe dreszcze. Całkiem przebojowo wypada „Po trupach do Ciebie” – oczywiście w linsowych kategoriach. Tak rytmicznego, a jednocześnie niejednoznacznego w wydźwięku refrenu, nie ma bowiem w żadnym innym zakątku tej płyty. Jej pierwszą część zamyka natomiast noirowa „Miłość się nie kończy”, przedstawiona tu jako uczucie parzące, acz dość… elastyczne. Drugą odsłonę „Omenu” zaczyna protogitarowe interludium w postaci zamazanego wokalnie „Niepalenia”. Zabieg swoistego ‘krzyku do ucha’, podbitego zamaszystymi dźwiękami saksofonu Piotra, kapitalnie kreuje klimat tej kompozycji. Jakkolwiek trywialnie by jednak to nie brzmiało – najważniejszym utworem na płycie jest kompozycja tytułowa, będąca dorzeczem, a zarazem epicentrum całości – emocjonalnej, lirycznej i muzycznej tego albumu. To tutaj jak w soczewce skupiają się wszystkie elementy całej opowieści, spotęgowane kilkoma barwami wokalnymi Kasi. Czymże jednak byłaby ta narracja bez fortepianowo-saksofonowej ballady? Taką pełni tu smutne „Nie lubię zimnej wody”. Jest jeszcze niespokojno-oniryczny „Ani Amen”, którego słowa powstały na podstawie tekstów Jerzego Pilcha, zawierające jednocześnie jeden z bardziej charakterystycznych refrenów w całym dotychczasowym dorobku Kasi. Pewne wygaszanie przychodzi z kolei wraz z dość filmowym „Sto żyć”. Ten utwór spokojnie mógłby znaleźć się w finale jakiegoś filmu - może smutnego romansu, a może opowieści o utracie… A może jednym i drugim? Ponownie daje o sobie tutaj znać Piotr Chęcki z kapitalnymi, punktowo pojawiającymi się partiami saksofonu. Album wieńczy „Persefona”, w której cała opowieść znajduje swój względny finał.
„Omen” to niełatwa opowieść, pełna niejednoznaczności i porwanych tropów. Taki horror psychologiczny na odcinku miłości, życia i śmierci, mający w sobie coś z twórczości Tima Burtona, a jednocześnie opleciony chropowatymi i silnymi, emocjonalnymi dźwiękami. Kasia Lins po raz kolejny projektuje swój świat we własny, oryginalnie-autorski sposób.
MACIEJ MAJEWSKI




