Katatonia - Sky Void of Stars

RecenzjaKatatonia - Sky Void of StarsNapalm Records2023

Po nieco przekombinowanej płycie „City Burials” sprzed 2 lat, szwedzka Katatonia ponownie śmielej otwiera się na brzmienia wyważone, interesujące i… najbardziej grupie służące. Płyta „Sky Void Of Stars” tego najlepszym dowodem.

Wokalista grupy Jonas Renske przyznaje, że materiał na ten album zaczął tworzyć w warunkach pandemicznych, bo… miał dużo więcej czasu i dlatego postanowił poświęcić się procesowi twórczemu. Efekt? Odświeżający dla twórczości grupy.

Już otwierający płytę „Austerity” mimo łamańców, jest bardzo nasycony, ale i ma w sobie jakiś… brzask. Pierwsze słowa tekstu: I thought things would take off but they cooled down można traktować z jednej strony jako lockdownowy komentarz, a z drugiej – jak zwykle w przypadku tekstów Jonasa – ma on i szerszy kontekst. Inaczej rzecz ma się z „Colossal Shade”, który mimo progmetalowych akcentów jest dość prosty, o czym świadczy część wiodąca z bardzo prostym rytmem. W tym przypadku Renske przyznaje, że do stworzenia tego numeru zainspirował go utwór Kiss – „Lick It Up”. Zaś tytułowy ‘inżynier kolosalnego cienia’ zdaje się traktować o każdym z nas (polecam zagłębić się w resztę tekstu). Zaryzykuję natomiast tezę, że „Opaline” to jeden z najbardziej nośnych numerów w całym dorobku grupy. I mimo dość typowego dla zespołu pod względem lirycznym refrenu ze słowami: I see the last day turning/Straight into emptiness/How did it get so late?/Your little voice in shadow now/Sowing seeds to segregate, melancholijny charakter utworu płynie bardzo nośnym strumieniem. A skoro mowa o przebojowości, to „Birds” jest tego przykładem niemal wzorcowym. Wartki, płynny, osadzony gdzieś między Porcupine Tree, a Paradise Lost, jest jednym z najlepszych fragmentów płyty. Dużo bardziej atmosferycznie wypada natomiast „Drab Moon”. Melancholia i posępność zyskują tu nadzwyczaj dużo powietrza, a kluczowe wydają się tym razem słowa bridge’u: I have waited, waited, waited/Couldn't find another reason to live on/But you shake my blood like a raging sea/So I'm bound for the joy of sorrow/If you go there with me. Z kolei z utworu “Author” pochodzi fraza, która dała tytuł całej płycie, a zarazem zawiera jeden z najlepszych i najbardziej groove’ujących riffów z całego albumu. „Impermanence” ma natomiast formę metalowej ballady. Gościnnie udziela się tu Joel Ekelöf – wokalista innej szwedzkiej grupy, Soen, którego głos idealnie pasuje do tej dość wygładzonej kompozycji. Czymże jednak byłaby metalowa ballada bez popisowej solówki na gitarze? Takową więc też tu znajdziemy.

Od całości odstaje zaś „Sclera” - nieco za bardzo zmutowana elektronicznie. O ile w poprzednich kompozycjach czuć świeże powietrze i słychać silniej zarysowaną strukturę, tak ten numer brzmi jak demówka. Finał płyty to znany z pierwszego singla „Atrium”, który zaskakująco przypomina dokonania… HIM oraz kapitalnie narastający, dynamiczny, ponad sześciominutowy „No Beacon To Illuminate Our Fall". Tutaj najlepiej słychać, jak muzycy łączą wpływy progresywne z metalem. To idealne zwieńczenie, choć płyta ma jeszcze bonus w postaci „Absconder”, będącym raczej eksperymentem (zwłaszcza rytmicznym), niż regularnym dopełnieniem całości.

„Sky Void Of Stars” to Katatonia znów w bardzo dobrej formie, otwarta na rozwój i twórczą zabawę z dźwiękami, nie tylko w obrębie własnej stylistyki. Italic

Powiązane materiały