Kim Gordon - The Collective

RecenzjaKim GordonMatador Records / Sonic Records2024
Kim Gordon - The Collective

Kim Gordon czyli była basistka grupy Sonic Youth, jedna z najważniejszych kobiecych postaci na światowej scenie alternatywnej ostatnich 40 lat, nagrała album "The Collective", z którym przyjedzie na tegorocznego Openera.

Kim Gordon to prototypowa dziewczyna z basem, która wspólnie z Kim Deal i Gail Ann Dorsey utorowała drogę takim postaciom jak D’arcy Wretzky, Tal Wilkenfeld, czy Paz Lenchantin. Kim Gordon to chodzący artyzm – alternatywa, punk-rock, eksperyment, postać offowa, niezależna, całe życie idąca własną ścieżką i pod prąd. Zawsze była kimś więcej niż tylko Dziewczyną w Zespole (taki tytuł nosił jej memoir), a bez jej głosu i osobowości Sonic Youth nie są kompletni. To ona stanowiła kontrapunkt dla Thurstona Moore’a i Lee Ranaldo, którzy lubili odlecieć w improwizacje; i, tak jak John Entwistle czy John Paul Jones, równoważyła wybryki reszty zespołu. Ale jej pełne oblicze można poznać wtedy, gdy sama śpiewa i obsługuje wszystkie urządzenia.

"The Collective" to kolejny po "No Home Record" oraz nagraniach Body/Head album, jaki Kim popełnia dla wytwórni Matador; jednej z najsłynniejszych, wciąż niezależnych wytwórni amerykańskich. Mam wrażenie, że dzięki pracy pod opieką tego labelu Kim nie tylko przeżywa renesans twórczości, ale otwiera zupełnie nowy rozdział, odnajdując się poza jakimkolwiek układem zespołowym. Dopiero teraz mówi pełnym, donośnym głosem, co jej doskwiera w dzisiejszym świecie i dlaczego są to przede wszystkim ogłupiali ludzie. A ubrane jest to w nowoczesne, ‘samodzielne’ brzmienie artysty wyrażającego się słowem i hałasem, rytmem i szumem, stojąc samotnie na scenie w snopie światła, z nieobecnym obłędem dookoła oczu. Album jest krótki, ale na temat, co zresztą nie powinno dziwić zarówno odbiorców muzyki Kim, jak i obserwatorów bieżących trendów muzycznych. To zamaszysty podpis artystki, która zjadła zęby na brzmieniu doświadczalnym, wyobcowanym z tłumu, wrzeszczącym na społeczeństwo i preparującym hałas. Kim kanałuje strumień swojej świadomości, wypowiadany w zaciszu własnego serca, którego nie zagłuszy życie w coraz głośniejszym, idiotycznym świecie. Od ultra-konsumpcjonizmu po wyścig technologiczny, świat zastawił pułapkę na ludzi, którym gotuje mózgi jak jajka w koszulkach; i nawet najbardziej odporne jednostki, które niejedno widziały i wydawałoby się śmieją się temu w twarz, tak jak Kim Gordon, mają z tym osobisty problem.

Kim za moment skończy 71 lat, ale ani myśli odpoczywać. Nie, gdy jest tyle do zrobienia; nie, gdy świat nie odpuszcza, tylko coraz bardziej szaleje, wyrzucając coraz więcej z nas poza nawias jakiegokolwiek działania. Takie kawałki jak „Bye Bye” czy „I’m a Man” to wypisz-wymaluj prosty przekaz wszystkiego, co w sobie nosimy, czemu boimy się poddać i przeciwko czemu stawiamy zakodowany genetycznie opór. „I Don't Miss My Mind” twierdzi Kim w kolejnym utworze, mówiąc ni to za siebie, ni to za wszystkich, których widzi na co dzień i którzy ją przerażają. Ktoś porównał tą płytę do rapu – tego prawdziwego, prosto w serca, jak punk wymierzonego w twarz społeczeństwa i werbalnie anihilującego wroga, o ile ten w ogóle usłyszy, że o niego chodzi.

A muzycznie jest jeszcze lepiej – adekwatnie do przekazu – hałaśliwie, donośnie, sprzęgająco i przez wokoder. Tak, jakby Kim operowała urządzeniami na chybił-trafił, jak Aphex Twin, tak długo kręcąc i uderzając, aż publiczność zacznie klaskać. Chwilami brzmi to jak pastisz współczesnego popu, generycznego i boleśnie powtarzalnego. „The Believers” to chyba najlepszy numer na krążku, jego epicentrum i esencja. Jeśli w głosie Kim słychać jakiekolwiek zmęczenie, to nie jest to kwestia wieku, lecz życia wśród ludzi, którzy zamieniają się w jednostki, a następnie w zbiór, kolektyw. Ten album nie jest odpowiedzią ani antidotum, lecz donośnym głosem współczesności, wierzącemu w opamiętanie i zrównoważenie. Oby tylko nie za późno.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały