Las Trumien - Głód Zabijania

Formacja Las Trumien kontynuuje penetrację rejonów wszelkiego zła, jakiego dopuścił się człowiek. Na najnowsze płycie „Głód zabijania” skupia się przede wszystkim na morderczej stronie (nie)ludzkiej działalności.
Ktokolwiek słyszał dotychczasowe wydawnictwa zespołu, wie, że grupa porusza te nie najwygodniejsze tematy w oparach doomu i sludge’u. Taki kostium dźwiękowy nie tylko pasuje, ale po prostu - w przypadku Lasu Trumien – działa.
Na najnowszej płycie wokalista i autor tekstów Wojtek Kałuża przeprowadza nas przez kronikę bezeceństw rozpostartą między Alaską, a Katowicami. Do każdego tekstu dołączono ponownie informację o zarysie zbrodni, do której odnosi się dany tekst (polecam się zagłębić – galeria tych postaci już nie tylko przyprawia o dreszcze, ale i o odrazę). Liryki te nie są jednak w pełni dosłownymi opisami – autor raczej obserwuje (i komentuje) te wszystkie makabryczne sytuacje z boku. A jak to się przekłada na muzykę? „Głód zabijania” mimo ciężkiego, ołowianego klimatu, przynosi też jeszcze więcej oddechu w porównaniu z poprzednimi wydawnictwami. Tak jest chociażby w „Pstryk, Pstryk” (kapitalna solówka gitarzysty Bartka Duszkiewicza), „Co kryją wrzosowiska” (czysty wokal w zwrotkach), czy „Złe wieści” (udane stonerowo zabarwione solo i melodyjnie czysty refren). Jest też m.in. punk-doomowa „Wiosna w Miami”, dość motoryczna „Świeża krew”, czy świetnie groove’ujące „Nikt nie kochał Władcy Much”. Największe wrażenie robi jednak iście epicki „Gość w dom”, który brzmi trochę jak krzyżówka Marilyn Manson (wokale) i zwłaszcza ostatnich dokonań Behemoth (aranżacja).
Tematyki do tekstów Lasowi Trumien raczej nie zabraknie. Słychać natomiast, że zespół stopniowo otwiera sobie kolejne muzyczne furtki. „Głód zabijania” to nie tylko następna udana pozycja w dorobku grupy, ale przede wszystkim dobry i dość intrygujący prognostyk na przyszłość.
MACIEJ MAJEWSKI


