LINA_& Jules Maxwell - Terra Mãe

Po „Burn”, wspólnym albumie z Lisą Gerrard, Jules Maxwell łączy siły z portugalską piosenkarką LINA_, aby zbadać poetyckie powiązania między Irlandią a Portugalią.
Nie ukrywam, że z radością przywitałem informację o premierze „Terra Mãe”, nowej kolaboracji Julesa Maxwella, tym razem z gwiazdą fado Liną Rodrigues. Portugalka jest głosem młodego pokolenia w tym klasycznym gatunku, docenioną za umiejętność łączenia jego tradycyjnej autentyczności z innowacyjnym duchem czasu. Niewątpliwie ma co potrzeba, aby stać się kolejną rozpoznawaną międzynarodowo gwiazdą fado, tuż obok Madredeusa i Marizy. Sama „Terra Mãe” nie jest jej pierwszą kolaboracją o innowacyjnym profilu – polecam sięgnąć po efekt jej współpracy z Raülem Refree. To właśnie ten krążek pokazał, że Lina nie tyle chce zmieniać fado, co potrafi wyjść z jego sztywnych ram i szerzyć wartości w mariażach z innymi stylami.
“Terra Mãe” jako album składa się z adaptacji utworów portugalskiej pisarki i kompozytorki Amelii Muge i, podobnie jak „Burn”, jest produkowany przez angielskiego producenta Jamesa Chapmana (znanego jako MAPS). W mojej ocenie, to płyta która jest młodszą siostrą „Burn” w prostej linii, od okładki zaczynając, poprzez całą koncepcję, a na brzmieniu kończąc. Nawet między Lisą Gerrard a Liną da się dostrzec podobieństwa – chociaż portugalka nie cechuje się aż takim majestatem co Gerrard, tak obie bez wątpienia malują swoim śpiewem prawdziwe pejzaże. Kto zechce, ten bez problemu doszuka się podobieństw pomiędzy utworem „Requiem”, a klasykami Gerrard takimi jak „The Host of Seraphin” czy „Dawn of the Iconoclast”.
Ale „Requiem” to tylko jeden z numerów “Terra Mãe”; na album składa się 9 kompozycji, z których każda to inna bajka. Częściowo słychać tu wpływy fado, czyli tych kameralnych, ‘tawernianych’ scen i sugestywnej melancholii z nich płynących; ale z drugiej czuć tą magiczną przestrzeń za jaką odpowiada Jules Maxwell, którego nie bez powodu porównuje się na tych krążkach do Vangelisa (i jego słynnych kolaboracji z Jonem Andersonem). W rzeczy samej, “Terra Mãe” nie jest krążkiem fado sensu stricte, lecz zawierającym jego elementy, gdzie na każdy element fado przypada przynajmniej jeden ‘obcy’. I to jest właśnie ta przestrzeń innowacyjności, z jaką kojarzona jest Lina, która w obu przypadkach wygrywa prawdziwością i szczerością.
Dla pochodzącego z Irlandii Julesa Maxwella “Terra Mãe” to także pretekst do wizyty u własnych korzeni. Między muzyką Irlandii i Portugalii da się znaleźć wiele podobieństw, z których najważniejszymi pozostają autentyczność i melancholia. Historia obu krajów również opiera się na podobnych schematach, co niewątpliwie przyczyniło się do szybkiego porozumienia między wrażliwościami Liny i Julesa. Jak sama twierdzi, Lina była pod dużym wrażeniem „Burn” i bardzo chciała stworzyć coś podobnego, co byłoby również spójne z jej twórczym punktem widzenia i artystycznymi priorytetami. Co ciekawe, nagranie i wydanie „Burn” zabrało Julesowi i Lisie Gerrard 6 lat. W tym porównaniu “Terra Mãe” nagrane i wydane zostało w tempie ekspresowym.
“Terra Mãe”, podobnie jak „Burn”, jest płytą którą można słuchać długo i się nią nie znudzić. To krążek do którego się wraca, aby odkryć smaczki i szczegóły. Śpiewająca przede wszystkim po portugalsku Lina brzmi jak ktoś z innego świata, kto posługuje się nieznanym ludzkości zestawem słów, przekazując wiadomość z niezbadanej do tej pory części galaktyki. O ile śpiew Gerrard jest bardziej operowy i majestatyczny, a jednocześnie rytualny i eteryczny, o tyle Linie bliżej jest do Liz Fraser, której idioglosja była zarówno synonimem tajemnicy, co formą czystego, niezakłóconego znaczeniem piękna. “Terra Mãe” to wspaniały, wspólny sukces Liny i Julesa, na którym każde z nich odnajduje pewno potwierdzenie słuszności objętej drogi artystycznej.
JAKUB OŚLAK

