M83 - Resurrection (Original Soundtrack)

Anthony Gonzalez i jego M83 przynoszą nam drugą w roku 2025 ścieżkę dźwiękową do filmu o jakże odmiennym charakterze, niż wszystkie inne, które do tej pory stworzył.
Za nami wyjątkowo produktywny rok po stronie francuskiego projektu M83, który przyniósł nam nie jedną, a dwie nowe płyty. Co prawda są to ścieżki dźwiękowe do filmów, zupełnie od siebie odmiennych, ale zespolonych charakterystyczną dla M83 sygnaturą muzyczną. Pierwszy z nich, o czym warto wspomnieć, to „A Necessary Escape” – typowo filmowy zbiór dźwiękowych obrazów ilustrujący film dokumentalny o rajdzie Dakar. Tym drugim, na którym skupię się w tym tekście, to „Resurrection” – filozoficzny film sci-fi produkcji chińskiej, wyróżniony nagrodą specjalną, a także nominowany do Złotej Palmy, na festiwalu w Cannes w 2025. Na ekranach Europy dopiero się pojawi, ale zanim to się stanie możemy podziwiać jego soundtrack od M83.
Ścieżki dźwiękowe to nie pierwszyzna w historii zespołu a później kolektywu dowodzonego przez Anthony’ego Gonzalesa; de facto, są one powiązane z metamorfozą jaką ta formacja przeszła od czasu swojego najsłynniejszego albumu „Hurry Up, We're Dreaming”. To epickie dzieło przyniosło M83 globalny sukces, a singiel „Midnight City” stał się ich znakiem rozpoznawczym i jednym z hymnów lat 2010. Ich plastyczna muzyka z pogranicza indie-rocka, synth-popu i muzyki stricte elektronicznej zaczęła być od tego momentu ochoczo wykorzystywana w kinie i telewizji, co zaowocowało zaproszeniem M83 do napisania ścieżki dźwiękowej do filmu „Oblivion” Josepha Kosinskiego, tego samego, który zatrudnił Daft Punk do „Tron: Legacy”.
Soundtrack do „Oblivion” był dość sztampowym dziełem, służącym bardziej jako dramatyczny ozdobnik konkretnych scen pełnego akcji filmu sci-fi, niż surowiec i nośnik nastroju. Właśnie to odróżnia „Resurrection” od poprzednich ścieżek dźwiękowych M83 – jest to płyta będąca nie tyle ilustracją, co dziełem samym w sobie, służącym jako zbiór onirycznych, ambientowych pejzaży doskonale zespolonych z istotą filmu. Gonzalez od zawsze lubował się w dwóch słowach-kluczach – ‘senność’ i ‘epickość’ – i z całych sił starał się, aby muzyka M83 właśnie taka była. Od kiedy ten zespół stał się bardziej jego osobistym projektem, a on sam odkrył zupełnie nowe możliwości właśnie przy pracy nad filmami, zmieniła się także natura samej muzyki M83.
„Resurrection” jako ścieżka dźwiękowa współgra z kierunkiem w którym podążyła cała muzyka M83. Gdy posłuchamy ich ostatniej płyty studyjnej „Fantasy” jest oczywiste, że jest to zupełnie inne stadium ewolucji ekipy, która stoi za „Midnight City”; a „Resurrection” stanowi jego świetne dopełnienie. Odnoszę wrażenie, że Gonzalez pracował nad nim metodą Badalamentiego, któremu David Lynch szeptał urywki scen i emocje jakie chce wywołać, zamiast przedstawiać gotowy scenopis. Gonzalez stworzył bowiem płytę, która brzmi jak niezależna całość, z której dopiero reżyser Bi Gan zaczerpnął do filmu to co chciał. W mojej ocenie takie soundtracki są najlepsze; można ich słuchać i podziwiać nie wiedząc nawet, że ilustrują coś większego.
Ale jaki w zasadzie jest „Resurrection” jako muzyka sama w sobie? To punkt w którym przecina się wiele fascynacji Gonzaleza, tych stawiających na bardziej introwertyczne, instrumentalne, scenograficzne doznania. Na pewno ambient i jego pionierzy – Robert Fripp, Brian i Roger Eno – oraz post-rock, muzyka minimalistyczna i współczesna klasyka – od Sigur Rós, przez Yanna Tiersena i Maxa Richtera, po Kali Malone, etc. Ta muzyka jest w istocie rzeczy senna i epicka, jak cały film „Resurrection” – pozornie jednolita, a jednak pełna szczegółów, pobudzająca umysł do pełnych piękna i nieskończoności myśli i wizji. Jest ponadczasowa, lub też, czerpana z wielu czasów i służąca jego twórcy za platformę do jeszcze większej transmisji swoich marzeń.
JAKUB OŚLAK




