Małgorzata Ostrowska - Legenda

RecenzjaMałgorzata OstrowskaRock House Entertainment2024
Małgorzata Ostrowska - Legenda

Płyta „Legenda” to powrót do lat 80. i źródeł stylu, od którego zaczęła się muzyczna droga Małgorzaty Ostrowskiej.

Nad koncepcją muzyczną i brzmieniową płyty pracował Paweł Krawczyk – gitarzysta grupy Hey. A że połączenia syntezatorów i gitar stanowią naturalne środowisko muzyczne wokalistki, to w efekcie całość momentami brzmi, jakby powstała cztery dekady temu i została poddane liftingowi oraz współczesnemu masteringowi. Tak jest już w rozpoczynającej album tytułowej „Legendzie”, gdzie nośny bit, w połączeniu z funkującą gitarą i głosem Małgorzaty (wpuszczonym pod koniec nawet w odrobinę niepotrzebny autotune), całkiem trafnie definiuje charakter całości. Słoneczna i rozmarzona „Wyspa”, naznaczona swoistym elektro-reggae’owym sznytem, mimowolnie zaprasza do tańca. Nieco poważniej robi się w „Głową w dół”, gdzie nieco minorowy bit nawiązuje wręc do klasyków new romantic. Z kolei „Schody Penrose’a” ma w sobie coś z… „Take On Me” A-ha. Nie ma może aż tak szlagwortowego refrenu, jak utwór Norwegów, ale ma za to silny i czysty głos gospodyni, który po tylu latach wciąż brzmi znakomicie. Synth-balladowy „Nóż” uspokaja nieco atmosferę płyty, a z drugiej strony – za sprawą ‘zbrodniczego’ tekstu, zasiewa też odrobinę niepokoju.

Jeszcze jednym odnośnikiem stricte do lat 80., jest „Na lepszy czas”, które spokojnie mogłoby wyjść spod ręki… Kombi. Najbardziej ‘wychylającym’ numerem zdaje się tu jednak być „Jeżeli”, gdzie elektroniczne brzmienia wyraźniej ustępują gitarom oraz pętli rodem z lat… 90. Zaś za takie manifesty, jak okraszone dość ‘samochodowym’ bitem „Nie potrzeba mi tej miłości”, słuchacze pokochali Ostrowską dekady temu. Jednak najciekawszym utworem na płycie jest dość minimalistyczne „Nie”. Oszczędny i nieco wycofany aranż daje tu bowiem szersze pole dla wielobarwnego wokalu Małgorzaty, pokazując, że właściwie (nadal) w każdych warunkach brzmi on świetnie. Pościelowo-syntetyczny „Ktoś”, wieńczy natomiast „Legendę” w sposób miarowy i – mimo bujniejszej końcówki – wyważony.

„Legenda” to poniekąd pocztówka z dawnych czasów, a jednocześnie dowód, że Małgorzata Ostrowska jest w formie, której pozazdrościć jej mogą nie tylko młodsze koleżanki, ale i kilka pokoleń wokalistów.

MACIEJ MAJEWSKI

Powiązane materiały