Mariusz Duda - AFR AI D

Najnowszy album Mariusza nosi tytuł „AFR AI D” i jest to koncept album zainspirowany tematem lęku przed sztuczną inteligencją.
Gdy muzyka elektroniczna przekraczała granicę eksperymentu i mainstreamu na przełomie lat 70./80., jej pionierom przyświecała idea fascynacji nowymi zdobyczami technologii, jak i niepokój przed trwałymi skutkami, jakie może ona przynieść człowiekowi, miastu i światu. Kraftwerk, Tubeway Army, O.M.D. oraz pokolenie synth-popu lat 80., oparło swoją estetykę i twórcze modus operandi na odkrywaniu możliwości, jakie dawały syntezatory, samplery, automaty perkusyjne i wszelkie pokrętła, klawisze, guziki i suwaki. Była to radość z nowych zabawek, które stworzyły nowy język i możliwość ekspresji pokolenia X, oraz gorzka refleksja nad postępem cywilizacji, globalizacji i cyfryzacji. To, co niedawno było fantastyką naukową stało się rzeczywistością; i chociaż po 40 latach nie mamy wciąż latających samochodów i robotów protokolarnych, to postęp w rozwoju sztucznej inteligencji, automatyzacji procesów życiowych i uzależnienia homo sapiens od technologii jest niepodważalny. Muzyka elektroniczna przez ten czas przeszła własną ewolucję od telewizyjnego mainstreamu po taneczny underground i z powrotem, ale nadal odpowiada na techno-zeitgeist, jaki przeżywają nie tylko filozofowie i pisarze sci-fi, ale muzycy i ich słuchacze. Nowy album Mariusza Dudy pod szaradziarskim tytułem "AFR AI D", kolejny triumf osobisty autora, jest dobitnym na to przykładem.
Mariusz nigdy nie krył sympatii do technologii dostarczającej narzędzia do tworzenia muzyki i alternatywnych światów dla uciekających wędrowców w postaci interaktywnych gier video. "AFR AI D" to album będący następstwem "Trylogii Lockdownowej", serii elektronicznych albumów, które Mariusz wydał pod wpływem sytuacji globalnej pandemii lat 2020-2021, oraz osobistej potrzeby artystycznej. O ile pandemia i lockdown szczęśliwie minęły, o tyle potrzeby artystyczne pozostały; dlatego też na kolejny ogień muzycznych analiz poszła nowa fascynacja i zmora współczesności w postaci sztucznej inteligencji i wszystkich form, jakie przybiera ona w kulturze i całkiem codziennym życiu.
Mariusz od lat pracuje na własne nazwisko – nie jako frontman Riverside, prog-rockowy influencer, czy też najlepszy polski wokalista śpiewający po angielsku. Nie chodzi o ucieczkę z szuflady, czy łatkę ze sprawnością, lecz o bezpośrednią transmisję z duszy dzieciaka, który w latach 80. nagrywał na kasety pierwsze owoce swojej wyobraźni. Tak, jak dawniej byliśmy zafascynowani "Gwiezdnymi Wojnami" i muzyką Jarre’a, Vangelisa i Tangerine Dream, tak dziś drżymy przed przepowiedniami Dicka, Asimova i Strugackich, oraz złowrogim „Czarnym Zwierciadłem”. "AFR AI D" wybrzmiewa tak, jak ów serial, zbiór połączonych przesłaniem fantastycznych historii, które nie są już zupełną fikcją.
Każdy z numerów "AFR AI D" jest odpowiedzią na fascynacje Mariusza muzyką elektroniczną, oraz listą absurdów i obaw, jakie przynosi nam postęp technologiczny. Słychać tu pompę i kosmiczność klasyki elektroniki, ‘zbuntowane’ jej odmiany w postaci wczesnego IDM oraz drum’n’bass, oraz nowoczesne, ambientowe brzmienie, które lubię nazywać ‘personal-techno’. "Trans-Europe Express" Kraftwerk, "Zoolook" Jarre’a, "Exit" Tangerine Dream, "Incunabula" Autechre, "Moon Safari" AIR, "Lifeforms" FSOL, "Untrue" Burial, Jon Hopkins, Nils Frahm, Tim Hecker. Co najważniejsze, w "AFR AI D" słychać samego Mariusza, w spiętych klamrą odsłonach, od "Eye of the Soundscape" przez "Fractured", po "Trylogię Lockdownową".
Poszczególne kompozycje na "AFR AI D" są od siebie różne, tak jak poszczególne epizody „Czarnego Zwierciadła”. Są numery bardziej dynamiczne i zupełnie statyczne, optymistyczne i frapujące, ale trudno jest wyróżnić ten jeden najważniejszy motyw. Mam swojego faworyta i anty-faworyta, ale to nie ma znaczenia. "AFR AI D" jest doskonałym albumem jako całość i tylko tak należy go przyjmować. Co ciekawe, "AFR AI D" blisko koresponduje tematycznie z bieżącym albumem Riverside, "ID.entity", co jest chyba pierwszym takim przypadkiem w pajęczej sieci Mariuszowych albumów. Doskonała porcja muzyki (plus floydowska gitara Mateusza Owczarka) od coraz bardziej spełniającego się artysty.
JAKUB OŚLAK



