Mindheal - Sounds Of Dystopia

"Sounds Of Dystopia" to drugi album w dorobku rzeszowskiego twórcy muzyki elektronicznej Wojciecha Stecko nagrywającego pod szyldem Mindheal.
Gdy czytam notkę autobiograficzną Wojciecha Stecko dołączoną do płyty "Sounds of Dystopia", mam wrażenie, jakbym czytał o sobie samym. Owszem, rock, jazz, klasyka, ale fascynacja dźwiękiem tak u słuchacza, jak i u praktyka, wzięła się z elektroniki, w jej klasycznej analogowej formie. Z jednej strony mainstreamowy synth-pop lat 80., z drugiej dziedzictwo ‘Szkoły Berlińskiej’ (Schulze, Froese) oraz największych czarodziejów, takich jak Jarre, Vangelis, Cretu, itd. Czas w pop-kulturze płynie inaczej, czego jesteśmy świadkami choćby dziś, gdy najnowsza technologia idzie w parze z retro/vintage. Szukamy ucieczki z miejsca, gdzie nasze telefony stają się mądrzejsze od nas, pilnują naszych żyć – tak jak w filmie Wall-E – bo już za chwilę możemy stać się im niepotrzebni do dalszych obliczeń.
Nieprzemijająca miłość do lat 80. w pop-kulturze ma wiele obliczy, co widać w modzie, designie, zarządzaniu marką i produktem, oczywiście filmie, ale najbardziej właśnie w muzyce. To, że synth-pop powrócił w najlepsze mnie nie dziwi (dziwi mnie to, że wrócił hair metal i jego pochodne). Do tego, jak zawsze gdzieś w tle, do absolutnych łask wraca elektronika w swojej „klasycznej” formie. Mam na myśli nie cyfrowe eksperymenty, jakie wstrząsnęły drugą połową lat 90., lecz pokolenie długowłosych magów pochylonych nad wielkimi jak przedwojenne komody syntezatorami analogowymi. Ta muzyka to jedna z ‘wiecznych niszy’, której wysoki moment przypadł na przełom lat 70/80., a która dzięki swojej niewerbalności pierwsza przebiła się chociażby przez Mur Berliński, gdy ten zaczął już kruszeć.
Muzyka elektroniczna była obecna w Polsce na stałe od kiedy zawitali do nas Kraftwerk, Klaus Schulze i Tangerine Dream, a spadkobierców ich brzmienia da się spotkać po dziś dzień. Sprzyja temu czas, gdy lubimy sięgać do dawnych pomysłów i wykorzystywać je, gdy o nowatorskość w muzyce jest coraz trudniej. Jednym z nich jest właśnie Wojciech Stecko, który jako Mindheal wydał właśnie drugi album pełen ‘el-muzyki’ w jej aktualnym wydaniu. Muzyka elektroniczna zawsze była wizją przyszłości, rozwoju technologii, podboju kosmosu, etc. Dziś, gdy science-fiction jest już reportażem, wszelkie wizje przyszłości stają się coraz bardziej ponure. Gdy muzyki słucha się z powietrza, a telefonem załatwia wszystkie życiowe sprawy, z przyszłości pozostała nam już tylko apokalipsa.
Analogowa elektronika jest środkiem bardziej zaufanym, niż cyfrowa. Konia z rzędem temu, kto rozpozna czy za zasłoną twórcy muzyki stoi człowiek, czy już sztuczna inteligencja? Stajemy się zbędni, dlatego uciekamy tam, gdzie jako analogowe stworzenia byliśmy bardziej wartościowi. "Sounds of Dystopia" to nie tylko sequel "Pandemic Moods", pierwszego albumu Mindheal stworzonego pod wpływem impulsu; to efekt szerszej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości i wpływu na nasze społeczeństwo. Słychać w niej inspiracje klasycznymi dziełami Tangerine Dream, muzyką filmową, oraz elementy muzyki ‘new age’ spod znaku Enigmy. Nade wszystko, płytę toczy rdza, chropowatość, tak jakby była znalezionym po globalnym kataklizmie zapisem istnienia gatunku ludzkiego.
"Sounds of Dystopia" jest dobitnym manifestem naszego zamiłowania do klimatów typu cyberpunk czy post-apo, gdzie rządzone dyktatem technologii metropolie zjadają resztki człowieczeństwa; lub też, gdy pozostały z nich już tylko zgliszcza i piach. "Sounds of Dystopia" odpowiada na ten niepokój, a jednocześnie jest wyrazem fascynacji, gdzie dźwięki cyfrowej współczesności symbiotycznie komponują się z analogowym retro. Jest w brzmieniu tego albumu nie tylko filmowy patos i ‘kosmiczność’, ale także pierwiastek auto-refleksji, intymności, wartości odczuwanych wyłącznie w sercu. Elektronika w muzyce służy nie tylko ambientowej scenografii, ale także niewerbalnym przekazywaniu uczuć, obserwacji, lęków i uroków tego świata, o ile jeszcze jakieś pozostały.
JAKUB OŚLAK


