MIP - Passing By

Make Impossible Possible to nowy projekt trójki filarów polskiej sceny alternatywnej: Artura Hajdasza, Bodka Pezdy i Sławomira Leniarta.
Pozornie to debiut, ale nie do końca. W domyśle, to dalszy ciąg dwóch legend polskiej sceny alternatywnej, ale czy na pewno? Za sugestywnym akronimem MIP kryje się jeden z oryginalnych przedstawicieli polskiej zimnej fali Artur Hajdasz, siła napędowa Made In Poland, a towarzyszy mu w boju niestrudzona para producencko-instrumentalna Bodek Pezda i Sławomir Leniart – byli muzycy Agressivy 69. W tym przypadku MIP oznacza Make Impossible Possible, co jest sygnałem ze strony muzyków, że odcinania kuponów od legendarnej nazwy Made In Poland nie będzie. Przynajmniej w teorii, albowiem uciec od własnej historii się nie da; ale, można próbować uczynić niemożliwe możliwym i postawić w tym miejscu grubą kreskę.
Wszystko zależy od słuchu i rozumu słuchacza. Skoro to nie Made In Poland, to czemu używać ich skrótu i logo (na okładce singla „Black Winter / Look Left, Look Right”)? Ale z drugiej strony czemu nie, skoro MIP tworzy trójka muzyków Made In Poland, w tym współzałożyciel formacji? Drzewo genealogiczne tej grupy jest równie skomplikowane, co Yes – i podobnie jak u legendy prog-rocka nie ma jednego muzyka, który spaja wszystkie jej inkarnacje. Każdy słuchający „Passing By” musi sobie zatem samemu odpowiedzieć na to arcyważne pytanie, czego właściwie słucha i czy mu się to podoba? Nosimy często w genach muzycznych ten nieznośny pierwiastek formalizmu, który przesłania nam dźwięki, nieważne jak dobre i ciekawe.
A prawda jest taka, że płyta „Passing By” jest dobra i ciekawa, unika komplikacji i po prostu wciąga i bawi. Kto chce ją porównywać do Made In Poland powinien przypomnieć sobie płytę „Future Time”, to chyba najbliższe odniesienie. Ale nie o to w tym chodzi, aby coś przypominać, tylko stanowić o sobie tu i teraz. A o płycie „Passing By” stanowi przede wszystkim inspiracja miastem stołecznym Londyn i jego niesłabnący wpływ na wyobraźnie artystów. To miasto ekscytujące, ale i mroczne, tajemnicze; wie o tym każdy, kto spacerował zarówno w blichtrze i blasku świateł Westminsteru, jak i po zmroku w ponurej aurze Hammersmith czy Hackney. Londyn to żywa studnia inspiracji i nie dziwie się wcale, że natchnął Artura do wytężonej pracy.
Chociaż brzmieniowo MIP i Made In Poland leżą po tej samej stronie rzeki, o tyle ich treść uważam za podstawową i zasadniczą różnicę. Made In Poland było niepokojące, gniewne, apokaliptyczne, dystopijne, inspirowane paletą PRL-owskiej szarzyzny. MIP jest bardziej introspektywne, penetrujące stan umysłu jednostki w zupełnie odmiennym miejscu i czasie. To wciąż szept niespokojnej duszy w ciemnościach przytłaczającej rzeczywistości; lecz tym razem przeszyte pulsującą linią życia, nadziei, otuchy, motywacji do działania. Artur śpiewa po polsku i angielsku, tak jak na „Future Time”, a jego głos ze szkoły Petera Murphy i nietypowy akcent nadaje całości podobnego wydźwięku, co klasyczny Bauhaus, czy wczesny Clan of Xymox.
Pod kątem brzmieniowym jesteśmy świadkami rzeczy, która z założenia unika złożoności i komplikacji. Ta dopracowana prostota niesie ze sobą post-punkową surowość, chłód, i zapach londyńskich klubów, takich jak Shacklewell Arms czy Underworld, gdzie młode zespoły szukają okna na świat. Obecność duetu Pezda / Leniart mogłaby sugerować bardziej ‘agressyvne’, industrialne brzmienie; tymczasem stylowo postawiono na motoryczną obojętność gitary, metronomicznie punktujący rytm, i niepokojące ornamenty elektroniczne. W kombinacji z surowością głosu Hajdasza daje nam to klasyczny post-punk ze starego obozu Joy Division i Bauhaus, którzy po czterech dekadach nieprzerwanie inspirują jeszcze młodsze generacje.
„Passing By” nie przyszła muzykom łatwo, jak sami twierdzą, ale była warta poświęcenia i ogrywania pomysłów. Płyta ponoć powstawała korespondencyjnie, chociaż wcale tak nie brzmi; miks sprawił, że jesteśmy w tym klubie razem z nimi, a wszyscy grają tu i teraz, bez wyglądania za okno, gdzie ‘future time’ stało się teraźniejszością, a świat w równym stopniu fascynuje i przeraża, działa narkotycznie i depresyjnie, tak jak sam Londyn. Z najlepszych numerów należy wyróżnić „Black Winter” i „Śnij”, a także ten świetny finał w postaci „Money for Nothing” i instrumentalnej kody „Mohawk”. Uwielbiam płyty w ten sposób zakończone; przypomina to napisy końcowe, po których widz liczy, że usłyszy zapowiedź kolejnego odcinka.
JAKUB OŚLAK

