Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeRecenzjeMIP - Passing By
MIP - Passing By

MIP - Passing By

Recenzja05.11.2025MIPAnalog Twins2025
MIP - Passing By

Make Impossible Possible to nowy projekt trójki filarów polskiej sceny alternatywnej: Artura Hajdasza, Bodka Pezdy i Sławomira Leniarta.

Pozornie to debiut, ale nie do końca. W domyśle, to dalszy ciąg dwóch legend polskiej sceny alternatywnej, ale czy na pewno? Za sugestywnym akronimem MIP kryje się jeden z oryginalnych przedstawicieli polskiej zimnej fali Artur Hajdasz, siła napędowa Made In Poland, a towarzyszy mu w boju niestrudzona para producencko-instrumentalna Bodek Pezda i Sławomir Leniart – byli muzycy Agressivy 69. W tym przypadku MIP oznacza Make Impossible Possible, co jest sygnałem ze strony muzyków, że odcinania kuponów od legendarnej nazwy Made In Poland nie będzie. Przynajmniej w teorii, albowiem uciec od własnej historii się nie da; ale, można próbować uczynić niemożliwe możliwym i postawić w tym miejscu grubą kreskę.

Wszystko zależy od słuchu i rozumu słuchacza. Skoro to nie Made In Poland, to czemu używać ich skrótu i logo (na okładce singla „Black Winter / Look Left, Look Right”)? Ale z drugiej strony czemu nie, skoro MIP tworzy trójka muzyków Made In Poland, w tym współzałożyciel formacji? Drzewo genealogiczne tej grupy jest równie skomplikowane, co Yes – i podobnie jak u legendy prog-rocka nie ma jednego muzyka, który spaja wszystkie jej inkarnacje. Każdy słuchający „Passing By” musi sobie zatem samemu odpowiedzieć na to arcyważne pytanie, czego właściwie słucha i czy mu się to podoba? Nosimy często w genach muzycznych ten nieznośny pierwiastek formalizmu, który przesłania nam dźwięki, nieważne jak dobre i ciekawe.

A prawda jest taka, że płyta „Passing By” jest dobra i ciekawa, unika komplikacji i po prostu wciąga i bawi. Kto chce ją porównywać do Made In Poland powinien przypomnieć sobie płytę „Future Time”, to chyba najbliższe odniesienie. Ale nie o to w tym chodzi, aby coś przypominać, tylko stanowić o sobie tu i teraz. A o płycie „Passing By” stanowi przede wszystkim inspiracja miastem stołecznym Londyn i jego niesłabnący wpływ na wyobraźnie artystów. To miasto ekscytujące, ale i mroczne, tajemnicze; wie o tym każdy, kto spacerował zarówno w blichtrze i blasku świateł Westminsteru, jak i po zmroku w ponurej aurze Hammersmith czy Hackney. Londyn to żywa studnia inspiracji i nie dziwie się wcale, że natchnął Artura do wytężonej pracy.

Chociaż brzmieniowo MIP i Made In Poland leżą po tej samej stronie rzeki, o tyle ich treść uważam za podstawową i zasadniczą różnicę. Made In Poland było niepokojące, gniewne, apokaliptyczne, dystopijne, inspirowane paletą PRL-owskiej szarzyzny. MIP jest bardziej introspektywne, penetrujące stan umysłu jednostki w zupełnie odmiennym miejscu i czasie. To wciąż szept niespokojnej duszy w ciemnościach przytłaczającej rzeczywistości; lecz tym razem przeszyte pulsującą linią życia, nadziei, otuchy, motywacji do działania. Artur śpiewa po polsku i angielsku, tak jak na „Future Time”, a jego głos ze szkoły Petera Murphy i nietypowy akcent nadaje całości podobnego wydźwięku, co klasyczny Bauhaus, czy wczesny Clan of Xymox.

Pod kątem brzmieniowym jesteśmy świadkami rzeczy, która z założenia unika złożoności i komplikacji. Ta dopracowana prostota niesie ze sobą post-punkową surowość, chłód, i zapach londyńskich klubów, takich jak Shacklewell Arms czy Underworld, gdzie młode zespoły szukają okna na świat. Obecność duetu Pezda / Leniart mogłaby sugerować bardziej ‘agressyvne’, industrialne brzmienie; tymczasem stylowo postawiono na motoryczną obojętność gitary, metronomicznie punktujący rytm, i niepokojące ornamenty elektroniczne. W kombinacji z surowością głosu Hajdasza daje nam to klasyczny post-punk ze starego obozu Joy Division i Bauhaus, którzy po czterech dekadach nieprzerwanie inspirują jeszcze młodsze generacje.

„Passing By” nie przyszła muzykom łatwo, jak sami twierdzą, ale była warta poświęcenia i ogrywania pomysłów. Płyta ponoć powstawała korespondencyjnie, chociaż wcale tak nie brzmi; miks sprawił, że jesteśmy w tym klubie razem z nimi, a wszyscy grają tu i teraz, bez wyglądania za okno, gdzie ‘future time’ stało się teraźniejszością, a świat w równym stopniu fascynuje i przeraża, działa narkotycznie i depresyjnie, tak jak sam Londyn. Z najlepszych numerów należy wyróżnić „Black Winter” i „Śnij”, a także ten świetny finał w postaci „Money for Nothing” i instrumentalnej kody „Mohawk”. Uwielbiam płyty w ten sposób zakończone; przypomina to napisy końcowe, po których widz liczy, że usłyszy zapowiedź kolejnego odcinka.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały

Powiązane materiały

MIP
Wywiad24.11.2025

MIP

Najnowszy album Passing By grupy MIP to przewrotny zapis emocji, który idzie pod prąd interpretacjom słuchaczy. Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest płytą o nocy, mieście ani o Londynie. Nie stanowi też nostalgicznego mrugnięcia do Made in Poland, od którego muzycy odcinają się z pełną stanowczością. To płyta, która zamiast kreować mrok, tworzy przestrzeń do zatrzymania - pełną oddechu i dystansu, wciąż jednak surową i analogową w wyrazie. Rozmawiamy z Arturem Hajdaszem o muzyce, której nie da się zaszufladkować, o okładce, która wywołała ferment i o zespole, który skleił ze sobą trzy legendy polskiej sceny.