MIP

WywiadEwelina MarekMIP
MIP

Najnowszy album Passing By grupy MIP to przewrotny zapis emocji, który idzie pod prąd interpretacjom słuchaczy. Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest płytą o nocy, mieście ani o Londynie. Nie stanowi też nostalgicznego mrugnięcia do Made in Poland, od którego muzycy odcinają się z pełną stanowczością. To płyta, która zamiast kreować mrok, tworzy przestrzeń do zatrzymania - pełną oddechu i dystansu, wciąż jednak surową i analogową w wyrazie. Rozmawiamy z Arturem Hajdaszem o muzyce, której nie da się zaszufladkować, o okładce, która wywołała ferment i o zespole, który skleił ze sobą trzy legendy polskiej sceny.

E: Nowy album "Passing By" brzmi jak nocna obserwacja miasta z perspektywy przechodnia.

Artur: Można tak powiedzieć, choć spojrzenie nie ogranicza się do jednego miasta czy pory dnia. Album nie jest muzyką nocy ani tajemnic. To raczej uniwersalna obserwacja życia, różnorodnych doświadczeń i emocji. Można go słuchać wszędzie: na plaży, w słońcu, w mieście, w samochodzie, w domu.

E: Część odbiorców określiła klimat płyty jako błądzenie po londyńskich zaułkach.

A: To subiektywne odczucie. Szanuję je, ale nie odzwierciedla intencji zespołu. Chcemy, żeby odbiorcy wyciągali własne wnioski i doświadczali muzyki po swojemu.

E: Czyli album nie kreuje mroku, lecz raczej przestrzeń do zatrzymania się i odczuwania...

A: Dokładnie. Chcemy, żeby muzyka pozwalała na refleksję, dystans do agresji i pośpiechu, otwierała na subtelne emocje. To jest jej cel.

E: A inspiracja Londynem?

A: Kocham Londyn, mieszkam w nim, jestem nim przesiąknięty.

E:. Co to właściwie znaczy?

A: Wiesz, to nie chodzi o styl czy o scenę muzyczną, tylko o sam dźwięk miasta. Tutaj inaczej brzmią sygnały ambulansów, policji, różnych urządzeń. Inna jest harmonia i częstotliwość dźwięków na ulicy, inna dynamika. Londyn ma swój specyficzny noiz sound. Nieuchwytny, ale obecny w tle wszystkiego.

E: A co z nocnym trybem miasta?

A: Jeśli pytasz o scenę muzyczną, to Londyn płynie swoim życiem. Zawsze znajdziesz coś interesującego, przyjeżdżają do tego miasta artyści z całego świata. Różnorodność wydarzeń artystycznych jest potężna. Wszystko doskonale działa, przenika obok siebie.

E: Trochę inaczej niż w Polsce.

A: Trudno powiedzieć, rozmawiamy o Londynie.

E: Czyli mimo wszystko atmosfera Londynu na płycie trochę pulsuje.

A: Absolutnie tak. Pulsuje i harmonizuje. Kocham to miasto.

E: MIP mocno sugeruje nawiązanie do Made in Poland.

A: MIP pojawił się dopiero przy albumie "Future Time". Lubię to logo i postanowiłem użyć je na płycie. W kulminacyjnym momencie, zaprzyjaźniony z MIP Piotr Stolarski, który pracował z nami przy "Future Time", zajął się grafiką. Udoskonalił cały nasz pomysł, rozświetlił logo MIP wykorzystując światło z okien w Tate Modern, tam to zobaczył. Lubię to miejsce.

E: MIP to też skrót od Miłości i Pokoju. Można przez ten pryzmat spojrzeć na całą płytę, która opowiada o tym co się dzieje wokół?

A: Można.

E: W składzie grupy trzy legendy – Ty - Artur Hajdasz, Sławomir „Dżabi” Leniart i Bodek Pezda - połączenie historii Made in Poland i Agressivy 69, do tego zaproszeni muzycy (Bogdan Kowalewski z Maanam, Michał Ciempiel z Oddziału Zamkniętego i Andi Emm z London SS) i hipnotyzujące teksty Małgorzaty Walasek. Jak udało się wam uzyskać taką spójność przy tylu osobowościach?

A: Z Dżabim i Bodkiem współpraca wyszła naturalnie. Ten materiał powstał już tutaj, w Londynie, dlatego nie nazywamy się Made in Poland. Zgraliśmy się wtedy z Dżabim na tej płycie, później doszedł Bodek, nagrał coś od siebie. Było fajnie, po prostu miło. Graliśmy koncerty, potem każdy poszedł w swoją stronę, bo życie — brak menedżera, rachunki, codzienność. Ale ta muzyka została. I wiesz co? Gdy pisałem gitary, miałem cały czas w głowie Dżbiego. Nie grałem jak on, ale grałem z myślą, że on to zagra. Taka wzajemna intuicja. Nikt nie gra za dużo, nikt za mało, nikt się nie myli. Nie trzeba tłumaczyć, wszystko się układa. A Bodek to wszystko miksował, miksował, miksował… i tak powstała płyta.

E: Teksty powstały wcześniej czy już do gotowych melodii?

A: Najpierw przyszły melodie. Kiedy układam melodie, mało w nich słów. Przy "Passing By" nagrywałem nastrój i emocje takim intuicyjnym językiem. A potem, kiedy mieliśmy już dość tej surowizny, przyszły teksty Małgosi. I one wszystko zamknęły, dopisały emocje, nadały znaczenia.

E: Może więc jest na tej płycie utwór, który szczególnie cię poruszył emocjonalnie?

A: Emocjonalnie wszystkie.

E: Ciekawa jestem czy technicznie w takim specyficznym trybie też poszło wszystko sprawnie.

A: Był ciekawy moment. Wysłałem Bodkowi materiał, a on nie miał moich wtyczek. I to, co mi odesłał, brzmiało tak, że myślałem, że padnę. Nie poznałem własnych utworów! Pierwsze miksy były katastrofą. Bodek miał całkowicie inną wizję.

E: Proces tworzenia chyba zawsze ma takie momenty.

A: No jasne. Ważne, że finalnie wyszło coś pięknego.

E: Pamiętam, że dwa lata temu podesłałeś min utwór "Look Left, Look Right". Udostępniłam wtedy singiel. Zrobił ogromne wrażenie.

A: To był inny miks z udziałem innych muzyków. Wersja kolekcjonerska.

E: Opowiedz mi o okładce. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest nieoczywista – kobiece ciało, maska, plaża, a wszystko w monochromie. Czy dobrze pamiętam, że zdjęcie na okładkę było robione na Helu?

A: Tak, dokładnie. Zdjęcia zrobił Mateusz Jackowski, genialny artysta, który doskonale wiedział, co chce uzyskać. Użył starej, analogowej kamery, innej niż współczesne cyfrowe sprzęty, co nadało fotografii ten surowy, niemal dotykalny klimat. Ja sam miałem wcześniej zupełnie inny pomysł, nie tak dobry. Mateusz zaproponował coś innego i to od razu zaskoczyło. On też ostatecznie wydał ten album pod szyldem wytwórni Analog Twins Records, więc wszystko potoczyło się trochę od końca. Ale tak właśnie miało być. Organicznie, po ludzku, w atmosferze zaufania.

E: Skąd wzięła się ta wizja?

A: To także pomysł Mateusza Jackowskiego, który ma niezwykłą wrażliwość i wyczucie estetyczne. Od początku wiedział, co chce uchwycić, a ja zaufałem Mu w stu procentach. Zdjęcie zrobione jest starą, analogową kamerą 8mm, a nie cyfrowym sprzętem. To daje ten specyficzny klimat - ziarnistość, głębię, to coś.

(rozmowa z Mateuszem Jackowskim w drugiej części wywiadu)

E: Okładka wywołała pewne kontrowersje...

A: Tak, były dyskusje. Mateusz wspominał, że trzeba było coś „spikselować”, bo ktoś uznał to za zbyt odważne. Dla mnie to absurd. Można wszędzie pokazywać przemoc, ucięte głowy i krew, ale gdy pojawia się kobiece ciało w artystycznym kontekście, nagle robi się problem. A przecież to zdjęcie jest piękne. Nie ma w nim nic gorszącego ani złego.

E: Rzeczywiście jest w nim jakiś rodzaj siły i poezji.

A: Właśnie. Dla mnie sztuka nie ma granic, nie powinna być ograniczana przez lęki czy pruderię. Tak samo z muzyką. Ona też nie zna granic.

Teledysk do "Angel" powstał z eksperymentu, intuicji i surowej energii północnego światła, a przerodził się w jedną z najbardziej hipnotycznych opowieści wizualnych w dorobku MIP. Mateusz Jackowski opowiada o kamerze 8 mm, maskach inspirowanych kulturami świata, zimowym Helu, który wciąga jak inny wymiar, oraz o obrazie, który łączy miłość, światło i pierwotną prawdę ciała. Ta część rozmowy odkrywa kulisy powstania teledysku, okładki i całej niezwykłej, organicznej wizji towarzyszącej "Passing By".

E: Zanim pojawiła się okładka do "Passing By" powstał intrygujący teledysk do utworu "Angel".

MJ: Wszystko zaczęło się mniej więcej dwa lata temu. Artur Hajdasz, z którym się przyjaźnię, dał znać, że nagrywa nowy materiał. Przysłał mi utwór "Angel" i padło luźne pytanie, czy może zrobiłbym z moją żoną Moniką do niego wideo. Ja akurat eksperymentowałem wtedy z kamerą 8 mm – Minoltiną z lat 60., a w tym samym czasie Monika zaczęła projekt 12 masek zwierząt inspirowany chińskimi znakami zodiaku. Pierwszą był bawół, potem tygrys, królik, smok… Nakręciliśmy próbne zdjęcia z maską bawołu, żeby zobaczyć, jak wygląda na taśmie 8 mm i tak powstał zalążek teledysku.

E: Ten retro klimat w ujęciach jest bardzo autentyczny.

MJ: Tak, bo nie jest stylizowany. To wynik technologii, a nie zabiegów estetycznych. 8 mm to mały format, ale jednak prawdziwa, surowa technika analogowa.

E: Czyli wszystko zaczęło się od eksperymentu.

MJ: Tak. Równolegle filmowałem przyrodę wokół nas. Od pięciu lat zimy spędzamy w Helu, a lata w Krakowie. Hel zimą to miejsce dzikie, prawie bezludne 30 kilometrów półwyspu, w większości parku narodowego. Sztormy, dookoła morze, świat bez ludzi. To bardzo wciąga. Hel to osobny świat. Helanie żartują, że „w sezonie nie da się żyć, a poza sezonem nie ma po co”. I coś w tym jest – zimą nie dzieje się „nic”, ale właśnie to „nic” nas wciągnęło. Zacząłem interesować się kulturą Północy, od Skandynawii po Inuitów i rdzennych Amerykanów, jak Haida. W ich sztuce maski są czymś naturalnym. To nie ozdoby, tylko sposób myślenia o świecie.

E: Wygląda na to, że inspiracje z różnych kręgów kulturowych zaczęły się przenikać.

MJ: Z jednej strony chińskie symbole, z drugiej uniwersalne znaczenie maski w różnych kulturach. To się po prostu splotło. Wysłałem Arturowi pierwsze skany wideo. Spodobał mu się klimat, „faktura” filmu, jego rytm. 8 mm ma 16–24 klatki na sekundę i to tworzy specyficzne tempo, które świetnie współgra z muzyką. W cyfrowym obrazie nie da się tego uzyskać. Tu rytm jest fizyczny, organiczny. Artur miał już gotowe dwa teledyski, do "Look Left Look Right" i do "Black Winter", oba świetne. A nam przypadł "Angel". To jest fantastyczny utwór. Słyszałem go później dziesiątki jeśli nie setki razy przy montażu i wciąż mogę go słuchać. On się nie nudzi.

E: To prawda, jest hipnotyzujący.

MJ: Między innymi dlatego postanowiliśmy nakręcić do niego teledysk. Słowa do "Angel" napisała Małgosia Walasek, życiowa partnerka Artura. Bardzo lubię jej poezję – ma głębię, sens, jest odlotowa. Zapytaliśmy ją, jak rozumie ten tekst. Powiedziała nam między innymi, że to opowieść o miłości, o przenikaniu się światów dwojga ludzi. To „przenikanie się” stało się kluczem do wizualnej formy utworu.

E: W teledysku pojawia się motyw dwóch masek.

MJ: Mieliśmy już krowę i tygrysa, dwa antagonistyczne znaki. W wielu kulturach ich wzajemna relacja jest symboliczna. Choćby na obrazach przedstawiających Śiwę. Zazwyczaj siedzi on na skórze tygrysa, a obok stoi spokojna krowa. Męski i żeński pierwiastek, siła i łagodność. To się naturalnie nam wszystko ułożyło.

E: Na okładce pojawia się naga postać z maską. Jak odczytać ten motyw?

MJ: Interpretacja jest ciekawą rzeczą. Nie ma się co zamykać na jedną – każdy zobaczy coś innego. Dla mnie postać na okładce przede wszystkim zdaje się mówić, że jest jaka jest, możesz sobie o niej myśleć co chcesz, lecz nie dba o to. Idzie swoją drogą, złapałeś ją „just passing by”. Emanuje z niej wewnętrzny spokój. Jednocześnie ta postać jest naga, a maska, którą ma na głowie, to bawół. Jeśli spojrzeć na to pod kątem symboliki astrologicznej, nagość to bliskość z naturą, ale bawół jest symbolem trudnego losu. Za postacią widać martwe, niepokojące drzewo. Mamy więc obraz osoby, która przeszła już długą, ciężką drogę pełną życiowych przeszkód, bólu i rzeczy, które nas zatrzymują, ale zostawiła to wszystko za sobą. Przed nią już tylko jeden krok. Ten mały konar, który widać na ziemi, to ostatnia przeszkoda, może moment, w którym trzeba zrzucić maskę i po prostu się uwolnić.

E: Ta symbolika wydaje się mieć też wymiar duchowy. Czy to zamierzone?

MJ: Nie, ale z tyloma symbolami w ręku efekt wyszedł sam. Oczywiście to zdjęcie można czytać również przez inne systemy znaczeń. Na przykład w egipskiej mitologii, Hathor, bogini miłości, muzyki i piękna, bywa przedstawiana jako kobieta z głową krowy lub postać z rogami i kręgiem słońca pomiędzy nimi. W tym sensie można odczytać tę postać jako kobiecą energię wystawioną na działanie słońca, które ją przenika i wzmacnia.

E: To słońce rzeczywiście jest mocne. Widać, że światło w tym kadrze jest wyjątkowe.

MJ: To był majowy poranek w Helu. Tam światło jest intensywne, ale wtedy było niezwykłe. Byliśmy zanurzeni w blasku. Zdjęcie wyszło jasne i ciemne zarazem. Słońce świeciło w taki sposób, że obraz nabrał szczególnej głębi.

E: A więc w tej okładce zamiast mroku mamy raczej światło, wyzwolenie…

MJ: Dokładnie. Okładka z teledyskiem tworzy całość, zdjęcie powstało na planie. A to historia o miłości, jej poszukiwaniu, o trudzie dopasowywania się i decyzji o byciu razem, odnalezieniu siebie. Ale jak wiadomo, siłę i moc czerpiemy z doświadczeń często bolesnych, więc droga przez mrok ku światłu jest nam dobrze znana.

E: W teledysku pojawia się też erotyczny ton.

MJ: Tak, ale chodziło nam przede wszystkim o coś innego, o poczucie ponadczasowości. Hel potrafi dać wrażenie, że nie ma czasu, że człowiek zniknął z krajobrazu. Kiedy biegam tam zimą brzegiem morza, mam czasem wrażenie, że jestem tysiąc, sto tysięcy lat temu. I właśnie taki efekt chcieliśmy uzyskać w teledysku – świat poza czasem. Ubrania określają epokę, a nagie ciało nie. Dzięki temu nie wiadomo, czy ten film powstał wczoraj czy sto lat temu.

E: To rzeczywiście się udało. Te obrazy mają niezwykły spokój i napięcie jednocześnie.

MJ: Kręciliśmy intuicyjnie, bez scenariusza, raczej zgodnie z emocją. Sceny w teledysku następują praktycznie w takiej kolejności, w jakiej je filmowaliśmy. Po prostu szliśmy i kręciliśmy, jak czuliśmy.
E: Bardzo organiczny proces.

MJ: Tak. Ale jest w "Angel" jeden konkretny punkt odniesienia do muzyki – scena tańca przy martwym drzewie. To moment, w którym bohaterka rzeczywiście tańczy do tego utworu. Było to spontaniczne i niezwykle szczere. Taniec życia przy drzewie śmierci.

E: Pamiętam ten kadr z profilu, bardzo zmysłowy.

MJ: Ten taniec ma w sobie coś pierwotnego, głębokiego.

E: A jednak wspominał Pan, że teledysk został zablokowany na YouTubie.

MJ: Od razu dostaliśmy żółtą kartkę – „pornografia”. To zabawne i trochę smutne jednocześnie. Na szczęście na Vimeo wystarczyło zaznaczyć, że jest to artystyczne wideo dla dorosłych widzów, więc może być tam oglądany w oryginalnej formie. Teledysk pokazujemy tam, gdzie nie ma cenzury – na Vimeo i na stronie zespołu – mip.band.

E: Rzeczywiście, czasy mamy dziwne. Nagość budzi więcej kontrowersji niż przemoc.

MJ: W Polsce i wielu innych krajach nagość niemal automatycznie kojarzy się z erotyką. A przecież każdy z nas praktycznie codziennie choć raz jest nagi, jest to normalna, naturalna rzecz. To absurd, że przez uprzedzenia i jakieś drobnomieszczańskie normy robi się z nagiego ciała sensację i temat tabu.

E: Też uważam, że ciało nie powinno być źródłem wstydu.

MJ: Dokładnie. To po prostu ciało. Istnieje, starzeje się, zmienia. Zresztą w tym projekcie nie chodziło o żadną perfekcję. Ta naga postać mogłaby równie dobrze być krępym, starszym mężczyzną albo kimkolwiek innym. Nie chodzi o formę, chodzi o prawdę.

E: Myśli Pan o kontynuacji tej historii w przyszłości?

MJ: Nie, to jest jednorazowa opowieść, domknięta. Następne projekty będą inne.

E: A jak Pan patrzy na ten album teraz, z perspektywy premiery?

MJ: To naprawdę szczęście wziąć udział w takim projekcie. MIP stworzyło wspaniałą płytę, światowego formatu.

E: Artur wspominał, że to Pan wydał płytę jako Analog Twins Records. To nowe wydawnictwo?

MJ: Tak, nowe, choć wydałem już kilka płyt. Początkowo zrobiliśmy z Moniką klip, następnie projekt graficzny płyty, a potem pomyśleliśmy, że skoro wszystko jest gotowe, to dlaczego nie wydać tego samemu? Nigdy nie było łatwiej. I tak powstało Analog Twins.

E: Czy planują Państwo kolejne wydawnictwa?

MJ: Nie wykluczamy, ale na razie spokojnie. "Passing By" jest wyjątkowym splotem okoliczności – świetna muzyka, świetny klimat, piękna historia.

FOTO: Mateusz Jackowski

Powiązane materiały