Nick Cave & The Bad Seeds - Live God

Po niezwykłym albumie “Wild God” Nick Cave przynosi nam jego wersję koncertową, która podkreśla sugestywność jego stylu, oraz poraża efektem duchowej kongregacji.
Nick Cave & The Bad Seeds istnieją już na scenie dostatecznie długo, aby można bez trudu podzielić ich historię na okresy. Ten obecny i wciąż obowiązujący nazwałbym ‘żałobnym’, chociaż ich ostatnia płyta „Wild God” jest czymś innym od „The Skeleton Tree”, która ten okres zapoczątkowała. Grunt, że Nick Cave przez cały czas pozostaje pod wpływem tragicznych wydarzeń, jakie bezpowrotnie naznaczyły jego życie i twórczość na przestrzeni ostatnich 10 lat. Wszystko to, co skomponował, napisał, nagrał i zaśpiewał przez ten czas odzwierciedla w jakimś stopniu jego emocje, stan ducha i psychiki, borykając się ze śmiercią dwóch synów (Arthura i Jethro) i naturalnych w takich sytuacjach próbach nawiązania dialogu z Bogiem.
Jest w tym jakaś paralela, że materiał koncertowy podsumowujący trasę „Wild God” został nagrany we Francji. Być może ‘fuckin’ Paris!’ czuje z tym zespołem głębszą więź, niż np. Łódź, przez fakt, iż właśnie tu mieszka na stałe Warren Ellis, kapelmajster Th Bad Seeds. Być może różnicę sprawiła jak zawsze gorąca francuska publiczność (wystarczy posłuchać tych śpiewów), a być może akurat tu nagranie wyszło najlepiej (nie miejmy złudzeń – ekipa nagrywa na takiej trasie każdy show). Mnie osobiście podoba się ten zbieg okoliczności, że wydana ponad 20 lat temu koncertówka Cave’a także była zarejestrowana we Francji i zatytułowana „God Is In the House”. Czy tytułowy Bóg, wtedy i teraz, to ta sama osoba i czy chodzi tu o samego Cave’a?
Kwestie wiary, duchowości i koncepcji Boga jako wyższej siły sprawczej od zawsze przewijały się w liryce Cave’a bardziej jako środek stylistyczny, niż wyraz osobistej wiary. ‘I don't believe in an interventionist God’, rzecze Cave w być może najsłynniejszej swojej pieśni, co nie oznacza, że wyklucza on jego istnienie. Grunt, że na „Wild God” ów środek stylistyczny przybiera zupełnie nową postać. Cave wydaje się przechodzić przemianę duchową – od romantycznego lecz otwartego sceptyka, po żarliwego kaznodzieję w amerykańskim stylu, w komplecie z organami elektrycznymi, chórem gospel i spontanicznymi ozdrowieniami. A ktokolwiek miał wątpliwości co do wersji studyjnej, tego na paryskim „Live God” owa moc uderza ze zdwojoną siłą.
Od wejścia uczestniczymy tu w zbiorowym seansie spirytystycznym, podczas którego przywołujemy duchy („I Need You”, „Joy”, „O Wow O Wow (How Wonderful She is)”), i poddajmy się dotykowi mocy („O Children”, „Conversion”, „Frogs”). To wszystko jest jak natchniony, oczyszczający trans, podczas którego główny bohater już nie kontroluje tego co się dzieje, lecz przeżywa to równie mocno i ekwilibrystycznie, co jego wyznawcy. Można dyskutować w jakim stopniu jest to chwyt artystyczny, a w jakim spontaniczna reakcja, ale Cave już nie jest tym bladym poetą znad fortepianu, bardem mroku i romantycznego grzechu; jego duchowa podróż zaczyna przyćmiewać wszystko, co miało miejsce wcześniej, niczym poranek rozwiewający sen.
Ortodoksyjni sympatycy Cave’a mogą już mieć tego dosyć – i myślę, że sam Cave podziela to zdanie; ale zwyczajnie nie potrafi inaczej. To nie są zwykłe zabiegi artystyczne, lecz żywa potrzeba duszy, serca i sumienia. ‘We've all had too much sorrow, now is the time for joy’, rzecze Cave słowami swojego sennego widziadła; zaiste, jest to radość przez łzy. Ta muzyka to potrzeba oczyszczenia duszy i pokrzepienia serca, wobec której klasyki zespołu znikają w szufladzie, mimo iż otrzymują na „Live God” jakże potrzebny, brawurowy wyraz, tak jak „Tupelo” czy „From Her to Eternity”. Cave wciąż żyje swoją goryczą, którą najpierw w naszej obecności wyspowiadał („The Skeleton Tree”), pokutował („Ghosteen”), a na „Wild God” obiecuje poprawę. W wersji na żywo, wśród wiernej paryskiej kongregacji, brzmi to niezwykle dobitnie i przekonywująco.
Mam jeden zarzut do „Live God” – to niepełny zapis koncertu, obcięty o kilka utworów, co jest dziwne w czasach gdy obowiązują ‘oficjalne bootlegi’ dokumentujące wydarzenia w całości. Także wypowiedzi Cave’a między utworami zostały tu osobliwie poobcinane, ale nie wymazane zupełnie. Jest oczywiste, że zapowiadając poszczególne utwory Cave miał więcej do powiedzenia, niż tylko ich tytuł. Poza tym „Live God” to kumulacja mocy artysty słynącego z sugestywnych występów na żywo, która wymyka mu się spod kontroli. Cave’owi w istocie udało się dotknąć tu czegoś wyższego, nad czym nie panuje w taki sposób w jaki nie panuje nad swoimi snami i myślami, a także spontanicznymi wizjami, natchnieniem duchem i radością.
JAKUB OŚLAK

