Nick Cave & The Bad Seeds - Wild God

To było do przewidzenia, że po wizycie w Piekle ("Skeleton Tree") i Czyśćcu ("Ghosteen") przyjdzie kolej, aby zajrzeć do Nieba. Nie potrzeba było nadużywać wyobraźni i prekognicji, aby wydedukować, że płyta zatytułowana "Wild God" musi łączyć się ciągiem logicznym z poprzednimi albumami; szczególnie, gdy wiąże się z nimi tak bolesna historia, jak ta, która spotkała Nicka Cave’a.
Śmierć dwójki synów, o ile nie złamie człowieka, musi w jakiś sposób zmienić jego dotychczasowe życie. U Cave’a najlepiej słychać to muzyce (i innych formach sztuki) z jakiej słynie i w objęcia której pośpieszył, gdy śmierć najbliższych zajrzała mu w oczy. Część słuchaczy, którzy cenią Nick Cave & The Bad Seeds od lat, ma już dosyć tej żałoby i przewidywalności muzyki Cave’a, preferując jego bardziej klasyczne, romantyczne brzmienie z niezapomnianego "The Boatman’s Call", czy lekko już niszowego "Henry’s Dream". Myślę, że na to nie ma już szans; i nawet, jeśli Cave zdecydował, że czas podnieść się z kolan i dać słuchaczowi zastrzyk energii, to powrót do tamtej estetyki The Bad Seeds może zabrzmieć fałszywie, sztucznie, nieprzekonująco. Stąd też "Wild God" jest optymalnym kompromisem pomiędzy klasycznymi The Bad Seeds (‘harvey’owskimi’), a tymi współczesnymi (‘ellisowskimi’). Brzmienie "Wild God" najprościej przyrównać do wizyty w kościele; ale nie takim europejskim, lecz amerykańskim – z pełną werwy starszą organistką, chórem gospel, no i nim – Kaznodzieją, mistrzem ceremonii, który przywołuje natchnienie Duchem i wypędza Zło. Cave nawet zmienił swój typowy czarny garnitur na jasno-szary, aby w miejsce żałoby, śmierci i wiecznej nocy tchnąć jak najwięcej światła. Te numery kipią energią zespołu, który w natchnionej ekstazie wypełnia przestrzeń miłością i dobrym duchem. Cave wzywa słuchaczy, aby wsłuchali się w jego słowa, ale już nie dla niego samego – tylko siebie, aby poszukali w nich prawdy.
Tyle pierwsza część płyty i otwierające ją „Song of the Lake”, tytułowe „Wild God”, a przede wszystkim niepozorne „Frogs”. Po drugiej stronie czeka nas człowiek, który w samotnej walce wciąż usiłuje odnaleźć w tym wszystkim sens i motywację do drogi naprzód. „O Wow O Wow (How Wonderful She Is)” – na której słychać fragment rozmowy z Anitą Lane, zmarłą niedawno byłą Bad Seed; dalej „As The Waters Cover The Sea”, które wcale nie kończy się hukiem, lecz dyskretnym udaniem się w ciszę; wcześniej „Long Dark Night”, której tytuł wyjaśnia wszystko, oraz najpiękniejsze na całej płycie „Cinnamon Horses”, przypominające numery Current 93.
To do tej formacji dowodzonej przez Davida Tibeta porównałbym brzmienie "Wild God"; Cave zresztą wystąpił u nich na płycie "All the Pretty Little Horses". Current 93 słyną z elementów eschatologicznych poruszanych w swojej folkowo-industrialnej muzyce, upstrzonej symboliką, proroctwami, widziadłami i sennymi monologami. Cave na "Wild God" otwiera przed nami kolejny rozdział wędrówki, której przestał być głównym bohaterem. Teraz liczy się przekaz i obcowanie z siłami o których wcześniej tylko rozmyślał. Coś zrozumiał i dzieli się tym z publicznością. Nie pierwszy już raz; pamiętamy przecież „God is in the House” czy „Death is Not the End”.
Jeśli "Wild God" jest jakimś powrotem do The Bad Seeds z przeszłości, to do "Push the Sky Away", które zdefiniowało to, jak ten zespół brzmi dziś. Warren Ellis rządzi tu i dzieli; słychać to nie tylko w jego wszędobylskim komponowaniu i aranżowaniu chórów, ale także w wokalnym wsparciu, jakie udziela Kaznodziei z drugiego planu. Cieszy mnie, że Cave ma w nim oparcie, zespół jest stabilny, a całość przedsięwzięcia udanie kontynuuje obraną drogę. Od kilku płyt poczynań The Bad Seeds słucha się jak serialu – niby wiadomo co się stanie, ale jednak chcemy wiedzieć JAK to się stanie, jak nasz bohater poradzi sobie dalej. Odpowiedź brzmi: sprawdźcie sami.
JAKUB OŚLAK


