Opeth - The Last Will And Testament

RecenzjaOpethModerbolaget2024
Opeth - The Last Will And Testament

""Testament" jest płytą kompletną, zwartą i złożoną, której każdy element jest dopasowany do reszty z uwagą, pieczołowitością, dyscypliną i wizją".

""Testament" jest płytą kompletną, zwartą i złożoną, której każdy element jest dopasowany do reszty z uwagą, pieczołowitością, dyscypliną i wizją.

Nie zdawałem sobie sprawy, że od ostatniego albumu Opeth minęło już 5 lat. Oczywiście, to były lata ‘covidowe’ – czas zdawał się upływać w nich inaczej, a dynamika twórcza większości zespołów na świecie musiała wyhamować. Właśnie z powodu covidu, z zespołem rozstał się długoletni perkusista Martin Axenrot, którego zastąpienie w tak niełatwej przecież roli musiało być sporym wyzwaniem. Ostatecznie, za perkusją Opeth zasiadł Fin, Waltteri Väyrynen; i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, musiało się to w jakimś stopniu odbić na treści nowej płyty.

Ostatni album Opeth był na tyle potężny i obszerny, że szybki follow-up zwyczajnie nie był możliwy. "In Cauda Venenum" to być może największe osiągnięcie progresywnej części katalogu Opeth, kulminacja drogi jaką podążyli mniej więcej od płyty "Pale Communion" (wcześniej była "Heritage", ale to problematyczny album). Nie wszystkim podobało się, że Opeth zamienia się w efemerydę Porcupine Tree (wpływ Stevena Wilsona) i Jethro Tull (wpływ Iana Andersona), a wszelkiego rodzaju metalowe elementy, jakie były podstawą ich istnienia zwyczajnie zniknęły.

Mikael Åkerfeldt jakby usłyszał to niezadowolenie, czy też sam uznał, że co za dużo to niezdrowo i postanowił wrócić do metalowych korzeni Opeth; no, może nie do "Orchid", ale przynajmniej do "Watershed", którą ja osobiście uważam za doskonały i wielce niedoceniony album. Progresywność bynajmniej nie została odstawiona na bocznicę, ale choćby po powrocie growlingu jako środka wyrazu można stwierdzić, że zespół ponownie udał się w ponure, mroczne, mocne terytoria. Lub też, precyzując, zdecydował się chwycić obie te sroki za ogon.

"The Last Will And Testament" jest albumem metalowym i koncepcyjnym. Opowiada konkretną, złożoną historię, pokręconą, groteskową i tragiczną; a jego poszczególne kompozycje to rozdziały, epizody. Nie mają one swoich tytułów, poza finałowym, a zamiast tego paragrafy, niczym dokument prawny. To podkreśla ścisłą, wzajemną zależność tych kawałków od siebie, ich nierozerwalną spójność. Absolutnie żaden z tych numerów nie zasługuje na wyróżnienie ponad pozostałe, a album ten należy przyjmować wyłącznie w całości, jak mini-serial czy film.

Pomimo growlingu, szybkiej sekcji, ostrych gitar i wszechobecnej ciemności i klimatu żałoby, nadal mówimy o płycie progresywnej, wręcz symfonicznej, z melotronem i sekcjami smyczkowymi, za które odpowiada Dave Stewart (ten prog-rockowy, nie ten z Eurythmics). Jak rzadko kiedy, a być może nigdy wcześniej, zespół brzmi jednomyślnie i sprawnie w swoim postępowaniu. Złożoność tych numerów nie jest wydumana i wymuszona dla zasady, lecz przemyślana, wciągająca i logiczna. Opeth brzmi majestatycznie i fascynująco, tak jak powinni.

"Testament" jest płytą kompletną, zwartą i złożoną, której każdy element jest dopasowany do reszty z uwagą, pieczołowitością, dyscypliną i wizją. Cała piątka, łącznie z nowym perkusistą, wydaje się doskonale wiedzieć czego chce i kto ma co grać. We wszelkich odmianach ‘symfonicznej’ muzyki rockowej lub metalowej można doszukać się przesady, pompy, wydumania, pretensjonalności, a wręcz przewidywalności i nudy. Nic z tych rzeczy nie ma tu miejsca – Testament fascynuje, wciąga i trzyma w napięciu i nie puszcza do samego końca.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że atmosfera Testamentu, jego treść i brzmienie ma w sobie coś z podsumowania przed ostatecznym odejściem. Opeth brzmią tu tak, jakby od tej płyty zależało dalsze ich życie; to nie jest krążek ‘między innymi’. W tych numerach usłyszymy środki i chwyty znane ze wszystkich poprzednich płyt, jakby było czymś w rodzaju ukoronowania ich twórczości. Może to nadinterpretacja, a może nie; wie to tylko Mikael Åkerfeldt, jeden z największych nerdów w muzyce rockowej. Ale jeśli tak, to jest to requiem pełne fajerwerków.

JAKUB OŚLAK

Powiązane materiały