Queens Of The Stone Age - Alive In The Catacombs

Po przerwanej nagle latem 2024 trasie europejskiej, Queens of the Stone Age dają znak życia z bardzo nietypowego, niezbyt kojarzonego z życiem miejsca.
Jest taka specjalna kategoria wydawnictw koncertowych, które dany zespół zanotował w dość nietypowych okolicznościach, tam gdzie koncerty nie odbywają się wcale. Do klasyki rocka i historii muzyki należą oczywiście słynne Pompeje Pink Floyd, koncert Beatlesów na dachu, a także występy w więzieniach St. Quentin i Folsom Johnny’ego Casha. Metallica z kolei zanotowała występ na Antarktydzie, a Red Hot Chili Peppers pod Piramidą Cheopsa. Trochę tego jest. Do tego zacnego grona dołączają teraz Queens of the Stone Age, którzy zanotowali występ w paryskich katakumbach, antycznej plątaninie kilometrowych podziemnych korytarzy usianych ludzkimi szczątkami, o niezwykle podniosłej, duchowej atmosferze z innego czasu.
Nie był to oczywiście zwyczajny koncert; publiczność stanowili jedynie technicy Queens oraz ekipa filmowa, która koncert nagrała i oficjalnie opublikowała (tak jak floydowskie Pompeje). Sam występ również był niezwykły, albowiem z oczywistych względów nagłośnienie było minimalne (tak jak Metallica i ich Antarktyda), a te pół godziny na jakie zespół uzyskał zgodę wypełniały stricte akustyczne numery. Również sama setlista była niezwyczajna, albowiem Queens sięgnęli po kilka dawno nie granych na żywo rarytasów, takich jak „Running Joke” czy „Suture Up Your Future”. Podobno zagrane było także „This Lullaby”, ale nie znalazło się w ostatecznym kształcie płyty i filmu. Z nowości usłyszeliśmy w zasadzie tylko „Paper Machete”.
Zespołowi w tej sztuce towarzyszył kwartet smyczkowi z Francji, a cały występ bardzo przypominał mi to, co dawno temu Alice In Chains zagrali w ramach MTV Unplugged – po cichu, na krzesłach, z myślami skierowanymi w głąb duszy. Katakumby to niezwykle nastrojowe, mimowolnie uduchowione przedstawienie, podczas którego słynący z mocy zespół oswobadza zupełnie inną część swojego artyzmu. Ten piach pustynny, który będzie się za Queens wlókł po kres czasu jest tu cały czas obecny, ale został on przywiany do katakumb gdzie zmieszał się z kurzem dziejów i ludzkim prochem. Słychać jest, że Queens grają inaczej, jakby przez pryzmat wyraźnego snu, oddychając eteryczną atmosferą i zatrzymanym w miejscu czasem.
Jest w tym występie odrobina nekromancji, komunikacji z duchami, zajrzenie do przedsionka zaświatów przez dziurkę od klucza. Słuchając i oglądając ten koncert nie widać po Joshu Homme żadnego zmęczenia, mimo iż był to czas w którym Queens nagle przerwali swoją trasę europejską ze względu na zły stan zdrowia swojego lidera. Josh doskonale śpiewa i ‘zarządza’ zespołem, a w sytuacji akustycznej wszelkie niedyspozycje od razu wychodzą na wierzch. Na szczęście gdy obok gra Troy van Leeuwen można się zamaskować za jego gitarą; aczkolwiek, największej magii dostarcza tu Dean Fertita. Zwykle w cieniu Josha i Troy’a, tym występem Dean pokazuje, że jego rola jako francuskiego łącznika całego zespołu jest nie do przecenienia.
JAKUB OŚLAK
QUEENS OF THE STONE AGE - Warszawa, Torwar, 30.07.2025. Bilety: www.alterart.pl



