Queens Of The Stone Age - In Times New Roman...

Po 6 latach przerwy ukazała się nowa płyta formacji na czele której stoi Josh Homme.
Od słowa do słowa mija 6 lat od ostatniego albumu Queens of the Stone Age; niby wieczność, a jednak chwila. Tyle samo trwał okres przejściowy w ich działalności, oddzielający albumy "Era Vulgaris" i "Like Clockwork". Kariera i twórczość QOTSA wjechała wtedy na inne tory – grupa zmieniła wydawcę, z komercyjnego, kojarzonego z ciężkim brzmieniem i hip-hopem Interscope na bardziej offowy, intelektualny, wysmakowany Matador, należącego do legendarnej grupy Beggars Banquet. Ta zmiana przełożyła się na ich brzmienie: z czołowej ekipy alternatywnego hard-rocka, która wprowadziła styl stoner na salony, stali się symbolem jakości, klasy, innowacji i niezależności. Coraz dalej im od Kyussa i The Desert Sessions, na rzecz eleganckiego, zaczepnego, niebagatelnego brzmienia poukładanego wyłącznie według koncepcji i widzimisię Josha Homme, głównego wizjonera i lidera QOTSA.
I zarówno Homme jak i QOTSA dobrze na tym wychodzą. Dzięki tej zmianie zespół wypłynął na jeszcze szersze wody, gotowi dostarczać muzykę nie tylko swoim ortodoksyjnym wielbicielom, ale i masom. Ich nowy album "In Times New Roman" jest kolejnym na to dowodem. To twardy, upakowany, zręczny zbiór niebagatelnych riffów, melodii na krótkiej smyczy, kombinowanych kompozycji, cudownych odlotów i genialnego zblazowania – jak zawsze podane ze szczyptą soli i poczucia humoru. Podoba mi się ten kierunek – mniej walenia, szarpania i łomotu, a więcej sprytu, klawiszy, efektów, transmitowania niezliczonych inspiracji i chęci celebracji wysublimowanego brzmienia. To kolejny krok na objętej wówczas ścieżce, która powiodła ich przez "Post-Pop Depression" (album z Iggy Popem), "Villains", aż do nowej płyty "In Times New Roman". I czuję, że na tym nie koniec. Jestem całym sercem za tą metamorfozą, jaką przechodzi ten zespół na naszych oczach i uszach. Nie lubię, gdy zespół stoi w miejscu i tapla się w wygrzebanym bajorku; ale jeszcze bardziej nie znoszę, gdy zmiany, rozwój i innowacyjność spotyka się z krytyką ze strony ortodoksyjnego fandomu. U QOTSA owe kroczenie naprzód nie jest może aż tak radykalne, ale wciąż odczuwalne: gdyby zestawić "Songs For The Deaf", być może najsłynniejszy album QOTSA, z nowym "In Times New Roman", można się zastanawiać, czy to wciąż ten sam zespół – i w którym momencie rozmienił się na drobne, z ikon alternatywnego rocka stając się grupą rozrywkową. Takie dyskusje są jałowe, gdyż oba te albumy obrazują, że ta ekipa nie śpi, a czas jaki spędza na poszukiwaniu muzyki nie jest ‘przebimbany’, tylko poświęcony na kombinowanie, eksperymentowanie i dbałość o szczegóły, smaczki i ciekawostki.
"In Times New Roman" jest płytą tak dopracowaną i skompresowaną, że trudno wyróżnić choćby jeden kawałek zasługujący na naszą uwagę bardziej niż inne. Wypuszczone single to jedynie ‘zajawka’ tego, co słychać w efekcie końcowym, a co jest przemyślaną, natchnioną mieszaniną garażowych rytmów, pourywanych gitar, przesterów, dysharmonii i bluesowej motoryki opadającej w opary klasycznej psychodelii. QOTSA wiedzą czego chcą i potrafią umiejętnie upakowując to w techniczne i popisowe uderzenie. Dobrze słyszeć, że zespół nie stoi w miejscu, tylko wciąż szuka nowych rozwiązań, a jednocześnie celebruje to, co już osiągnęli. Homme udowadnia, że jest jednym z największych kapłanów współczesnego amerykańskiego alternatywnego rocka, obok Jacka White, Dana Auerbacha i, chcąc nie chcąc, Dave’a Grohla. A grafika płyty ponownie została oddana w złote ręce Boneface’a.
JAKUB OŚLAK



