Riverside – Live ID.

Nowe wydawnictwo Riverside dokumentuje ich największy headlinerski koncert i jest potwierdzeniem formy zespołu, oraz triumfalnym zwieńczeniem ponad 20 lat kariery.
Muzyków których cenię dzielę na dwie proste kategorie: tych, których lubię słuchać z płyt, oraz tych, których wolę podziwiać na żywo. Riverside zajmuje mocną pozycję w obu tych rankingach, które teraz spotykają się w jednym miejscu – nowym wydawnictwie koncertowym „Live ID.” To bynajmniej nie pierwsza koncertówka w dorobku naszych najwybitniejszych reprezentantów światowej sceny prog-rockowej; aczkolwiek, to ich pierwsza płyta ‘live’ dokumentująca event, w którym osobiście brałem udział jako widz i słuchacz. A to potrafi mieć kolosalne znaczenie.
Zdarzyło mi się kilka razy być na koncertach udokumentowanych i wydanych oficjalnie; i najczęściej takie słuchowisko kończy się wrażeniami zgoła odmiennymi od tych wyniesionych z sali. To rzecz oczywista, że koncert niesie ze sobą więcej impulsów i bodźców, także tych negatywnych. Z kolei płyta najczęściej nie stanowi surowej transmisji z pola bitwy, lecz jest poddana w jakimś stopniu studyjnej obróbce. Nawet najsłynniejsze płyty ‘live’ bywały zlepione z kilku oddzielnych eventów, a artyści potrafili też coś tam dogrywać, dla lepszego efektu.
W przypadku „Live ID.” mamy na szczęście do czynienia z jednym wydarzeniem – finałowym koncertem trasy Riverside promującej ich ostatnią płytę „ID.Entity”. Trwała ona z przerwami dwa lata i prowadziła przez trzy kontynenty; zatem, jest w tym pewna elegancka symbolika, że ten ostatni show został zagrany i nagrany właśnie w Warszawie. A jeśli dołożyć do tego fakt, iż miejscem tego wydarzenia był Torwar, wtedy jest jasne, że mamy do czynienia z największym headlinerskim koncertem, jaki Riverside zanotowali przez ponad 20 lat swojego istnienia.
Okazja była szczególna i zespół stanął na wysokości zadania, aby dostarczyć słuchaczom elektryzujący, hipnotyczny, progresywny, a nawet taneczny set, stanowiący ukoronowanie ich kariery i coraz szerszych twórczych horyzontów. Płyta „ID.Entity” wokół której naturalnie skupiony był ten koncert, ma swoich sceptyków; Polacy nie byliby sobą, gdyby nie ponarzekali na przebojowość, którą odznacza się brzmienie tego krążka. My jednak lubimy, gdy jest ponuro i smutno, gdy przysłowiowa Metallica kończy się na „Kill’em All”, a AC/DC nagrywają to samo.
Osobiście niezmiennie doceniam fakt, iż zespół nie stoi w miejscu i nagrywa płyty tak różnorakie jak „Anno Domini High Definition”, „Wasteland”, i „Eye Of The Soundscape”, stanowiące kolejne rozdziały tej samej fascynującej opowieści. W Polsce traktujemy Riverside inaczej, bardziej osobiście i po kibicowsku, niż Holendrzy czy Anglicy; na rodzimym rynku z zespołu klubowego stali się zespołem arenowym, czemu towarzyszy odpowiednia setlista. A dynamika „ID.Entity”, moc „ADHD” i wrażliwość „Love, Fear and Time Machine” to idealna ku temu mieszanka.
To wszystko to tylko didaskalia; a co z samym „Live ID.” i materiałem tu zgromadzonym? Co jest w nim tak szczególnego, że powinniśmy jako słuchacze zwrócić na niego uwagę? Może fakt, iż „Live ID.” jeszcze bardziej podkręca potencjał „ID.Entity” i stanowi najsilniejszy dowód na moc jego wyrazu? Analogiczny przypadek miał miejsce przy najnowszej płycie The Cure, która już od progu była genialna; ale to koncertówka wyniosła ją na zupełnie nowy poziom nauki wrażeń. U Riverside mamy do czynienia z tym samym efektem - „Live ID.” to „ID.Entity” na sterydach.
Coś, co przykuwa uwagę od początku – „Live ID.” jest prawie pozbawione ‘konferansjerki’. Mariusz Duda zawsze ma dużo do powiedzenia i nie stroni od dowcipów, anegdot i tym podobnych form werbalnego angażowania tłumu. Tutaj jednak, z powodów o których można jedynie spekulować, jego wtrąceń nie słychać. Nie znaczy to, że ich nie było; po prostu zostały wycięte. Może zdecydowały kwestie ograniczeń nośników, a może dylemat językowy? A może ci, co głośno i otwarcie narzekają, że Mariusz za dużo gada ze sceny wreszcie doczekali się swego?
Liczy się jednak efekt, a jest nim pełna immersja w sztukę muzyki na żywo. Słuchacz jest zanurzony w dynamicznej przestrzeni dźwięku, klarownej i sugestywnej, która co chwila zmienia barwę i nastrój i zbacza z utartego szlaku. Jakość nagrania jest niesamowita, przejrzysta i namacalna – dzięki niej ‘widać’ te dźwięki, jak w synestezji. Technologia dostępna dziś inżynierom dźwięku sprawia, że klasyczne koncertówki sprzed lat brzmią w porównaniu jak zza ściany. „Live ID.” staje się dzięki temu nie dodatkiem, lecz niezależnym „entity” samym w sobie.
Brzmienie tych numerów jest zasługą nie tylko nowoczesnej technologii – to dzieło czterech wytrawnych, osłuchanych muzyków, którzy zjedli zęby na scenie. Prowadzący bas Mariusza to dziedzictwo Lemmy’ego, Entwistle, Squire, czy Hooka; łkająca gitara Macieja to kunszt Hacketta, Latimera, a nawet Gilmoura; Michał to warczące ‘lordowskie’ organy i syntetyczna ‘mandarynkowa’ przestrzeń; a perkusja Piotra finezyjnie punktuje i czuwa nad tempem wydarzeń, jak Gavin Harrison, tylko czekając na chwilę, aby pokazać swoje metalowe korzenie.
„Live ID.” dobitnie pokazuje dlaczego Riverside znajdują się w czołówce współczesnego prog-rocka. Do słuchacza przemawia ich nowoczesność i kreatywność studyjna, a także dynamika i spontaniczność sceniczna. To nie jest teatr jednego aktora; ten zespół nie stanowi sumy swoich składników, lecz ich iloczyn. Ci goście wzajemnie się nakręcają i mają świetną zabawę z tego co robią; a publiczność zawsze w takich przypadkach wyczuje, kiedy ich ulubieńcy pracują, a kiedy świetnie się bawią – i wspiera ich śpiewem, oklaskami, a nawet cichym krzykiem, jeśli trzeba.
„Live ID.” to jedna z najbardziej sugestywnych koncertówek, jakie słyszałem w prog-rocku. Nie będzie przesadą, jeśli przyrównam jej hipnotyczną, morfującą siłę do „Anesthetize” Porcupine Tree. Odnaleziony i dopracowywany przez lata styl Riverside przemawia do tych, którzy chcieliby usłyszeć w tej muzyce więcej mocy, dynamiki i przebojowości. Nie zawsze jest to witane z sympatią i zrozumieniem, tak jak „90125” Yes, czy „To The Bone” Stevena Wilsona. Na szczęście do Riverside ta przebojowość pasuje i pozostanie już elementem ich tożsamości na stałe.
JAKUB OŚLAK




