Michał Łapaj (Riverside)

„ID.Entity” to ósma płyta w dorobku Riverside, która już zaczęła dzielić zwolenników grupy. I nic dziwnego – album jest bardzo dynamiczny, przesycony elektroniką, ale i brzmieniami, które nie są niczym nowym w twórczości zespołu. Tym niemniej – jest to jedna z odważniejszych propozycji w historii Riverside, a o niuansach muzycznych nowego wydawnictwa opowiedział mi klawiszowiec grupy, Michał Łapaj.
Riverside
„ID.Entity”, to ósma płyta w dorobku Riverside, która już zaczęła dzielić zwolenników grupy. I nic dziwnego – album jest bardzo dynamiczny, przesycony elektroniką, ale i brzmieniami, które nie są niczym nowym w twórczości zespołu. Tym niemniej – jest to jedna z odważniejszych propozycji w historii Riverside, a o niuansach muzycznych nowego wydawnictwa opowiedział mi klawiszowiec grupy, Michał Łapaj.
MM: W jakim czasie realizowaliście tę płytę?
MŁ: Plan zakładał, że będziemy ją pisać po powrocie z trasy z okazji naszego 20-lecia. Ten grafik był bardzo napięty, bo najpierw zamknęliśmy się w sali prób, potem ruszyliśmy w pierwszą część trasy. Tuż po powrocie weszliśmy do studia, a następnie ruszyliśmy w kolejną trasę. Plusem było jednak to, że po trasie byliśmy rozegrani, więc też nieco inaczej rejestrowało nam się ten materiał i myślę, że to słychać na płycie. To jest żywiołowy i dość koncertowy album. W dużej mierze powstał w sali prób, dzięki czemu jest on organiczny, a po drugie – od razu słyszeliśmy, jak będzie to brzmiało na żywo. Energię, którą złapaliśmy na koncertach, staraliśmy się przenieść na tę płytę.
MM: Może dlatego ta płyta jest wbrew pozorom swobodna. Do tego gracie na niej bardzo pewnie.
MŁ: To jest wynik ogrywania tego materiału na próbach, a przede wszystkim - przemyślenia tych kompozycji. Kiedy nagrywaliśmy te numery nawet na dyktafon, od razu mogliśmy wyłapać, które fragmenty ‘jadą same’, a nad którymi jeszcze musimy popracować. Dzięki temu do studia weszliśmy już bardzo dobrze przygotowani. Pojedyncze rzeczy dograliśmy w post produkcji, ale najważniejszą część nagraliśmy.
MM: Album otwiera utwór „Friend Or Foe” – dość elektroniczny w wydźwięku. Kto pociągnął go w taką stronę – Ty, czy Mariusz?
MŁ: Z początku była to zabawa. Czasem po próbie gramy we dwóch z Mariuszem jakieś improwizacje różnorakiej maści, bądź „nieoficjalne” wersje naszych utworów (śmiech). W tym przypadku on wystukiwał rytm na elektronicznych padach perkusyjnych, a ja dogrywałem syntezatory w klimacie takich „ejtisów”. Później, będąc w studiu nagraliśmy ten numer z ciekawości. Stwierdziliśmy, że może być z tego ciekawa kompozycja, więc pociągnęliśmy ten wątek dalej. Głównym elementem w tym utworze jest elektroniczny bas. To taki typowy arpeggiator, specyficzny dla lat 80. Syntezatory, które wówczas powstawały, miały ogromny wpływ na rozwój i kształt muzyki. Postanowiliśmy wykorzystać takie brzmienie w tym utworze. Najpierw była melodia na klawiszach i potem poszedł ten bas, natomiast w szkicu tego utworu Mariusz dodał dość typowo ejtisowy bit, który pasował tam idealnie (śmiech). W zestawieniu z żywym graniem, prawdziwą perkusją ten utwór naprawdę zyskał. Wg mnie to jest naprawdę dobry, rockowy numer z elementami syntezatorów.
MM: Do tego jeszcze ten wokal Mariusza, który podobną barwę zastosował w „#Addicted” z płyty „Love, Fear And The Time Machine”.
MŁ: Tak, to też nie jest zupełnie nic nowego dla nas. Brzmienie na „Love, Fear and the Time Machine” nawiązywało już trochę do klimatu lat 80-tych. Może jedynie co, to to, że Mariusz śpiewa teraz taką pewniejszą barwą (śmiech).
MM: Zauważyłem, że bardzo dużo dzieje się w tych krótszych utworach, jak chociażby „Landmine Blast”, gdzie w drugiej części jest taki krótki fragment, który brzmi jak cymbały.
MŁ: Tak to prawda, faktycznie brzmi trochę jak cymbały. W rzeczywistości wynikło to z połączenia pianina z gitarą. To dało taki efekt. Nie był on tak do końca zamierzony, ale brzmienie było na tyle ciekawe, że je zostawiliśmy. Po pewnym czasie, gdy przygotowywałem brzmienia do koncertów, zacząłem szukać takich cymbałów w bankach. Dopiero później przyszło mi do głowy, że był to właśnie miks tych dwóch instrumentów.
MM: A skąd te ‘trąby’ w „Big Tech Brother”?
MŁ: To też poszło z klawisza. Zastanawialiśmy się nawet z Mariuszem, czy nie zaprosić do zagrania tych partii jakiejś sekcji dętej. Mieliśmy już wcześniej taką sekcję na ADHD. Jednak zostawiliśmy jednak te brzmienia z klawisza. Okazały się one na tyle dziwne i niecodzienne, że… dlaczego nie (śmiech).
MM: Niecodziennie wypada też ta fortepianowa coda ”Post Truth”.
MŁ: Ma ładny klimat. Zasugerowałem, by miała takie wybrzmienie, jakby była grana w pomieszczeniu obok. Stąd to ‘wygłuszenie’.
MM: A jak było z „The Place Where I Belong”? Bo to właściwie suita, ale taka w stylu Rush.
MŁ: Ten utwór nie bez powodu ma taki tytuł. Ludzie postrzegają Riverside jako zespół progresywny. Cokolwiek nie zagramy, będziemy oceniani przez pryzmat „Second Life Syndrome”. Ten utwór jest właśnie dla tych fanów i to jest celowe nawiązanie do „Second Life Syndrome”. Żeby nie było - czasem lubimy pograć takie progresywne brzmienia. To jest rozbudowany utwór, który pod koniec idzie wręcz w stronę brzmień w stylu Yes czy współczesnego - Transatlantic (śmiech). W całości poskładaliśmy ten utwór dopiero w studiu. Mariusz jeszcze dokładał do niego jedną część na gitarze akustycznej. Teraz gramy próby do lutowych koncertów i mamy ten numer ograny.
MM: „ID.Entity” to najbardziej dynamiczna płyta w waszym dorobku od czasu „Anno Domini High Definition”, ale jednocześnie jest na niej sporo oddechu. Mimo bardzo dynamicznych brzmień, ten album nie przytłacza.
MŁ: Założenie było takie, że nagramy żywiołowy album. Bez takiej wielkiej dawki melancholii jak to przychodziło nam grać wcześniej. Ten album miał być właśnie bliższy „Anno Domini High Definition” niż np. „Wasteland”. Chcieliśmy trochę odświeżyć nasz repertuar. Odejść od mroku. Pojawiło się więcej rockowego grania i przede wszystkim radości z samej gry.
MM: Wspomniałeś, że za moment ruszacie w trasę po Stanach Zjednoczonych, potem gracie na festiwalach, w tym na polskim Summer Fog Festival. A kiedy trasa po Polsce?
MŁ: To prawda – najpierw gramy w Stanach, potem Europa i festiwale. Trasę po Polsce planujemy jesienią. Wygląda to więc nieco inaczej, niż to było przy poprzednich płytach, ale oczywiście – zagramy w całą trasę także po Polsce.
MM: Dziękuję za rozmowę.




