Sigur Rós - ÁTTA

Islandzka grupa wydała pierwszą od 10 lat płytę studyjną. Jakub Oślak napisał w naszej recenzji między innymi, że ""ÁTTĘ" podziwia się tak, jak muzykę dobrych znajomych Sigur Rós, takich jak Niels Frahm, Ólafur Arnalds, a nawet Hildur Guðnadóttir. To muzyka poważna, modern classical, niewidzialna, służąca za medytacyjne tło i codzienny masaż zmysłów".
Islandzka grupa wydała pierwszą od 10 lat płytę studyjną. Jakub Oślak napisał w naszej recenzji między innymi, że ""ÁTTĘ" podziwia się tak, jak muzykę dobrych znajomych Sigur Rós, takich jak Nils Frahm, Ólafur Arnalds, a nawet Hildur Guðnadóttir. To muzyka poważna, modern classical, niewidzialna, służąca za medytacyjne tło i codzienny masaż zmysłów".
Mija 10 lat od czasu ich ostatniego albumu, czyli „Kveikur”; ale ten fan Sigur Rós, który nudził się przez ten czas niech pierwszy rzuci kamieniem. Środek twórczej ciężkości przejął Jónsi, który wydał mnóstwo materiału solo, a także wspólnie z Alexem Sommersem. Zespół także nie próżnował – oprócz koncertowania, światło dzienne ujrzało sporo nieznanego materiału, eksperymentalnego, ambientowego, stworzonego na potrzeby ilustracyjne – do filmu, instalacji, baletu, performance, etc. Usłyszeliśmy wreszcie „Odin’s Raven Magic”, rzecz nagraną z pełną orkiestrą dawno temu w 2002 r. A nie zapominajmy, że zespół borykał się z całą serią przeciwności losu: najpierw Orri został oskarżony o molestowanie, co spotkało się z jego rezygnacją z roli w zespole. Dalej, Covid, lockdown i całe to szaleństwo. A jakby tego było mało, pod lupę zostały wzięte finanse zespołu, które jak się okazuje zostały powierzone zbyt kreatywnemu księgowemu. Sprawa dopiero niedawno została umorzona.
Ale co dalej z tym Sigur Rós? Miałem obawy, że ich czas się kończy, a ich szczęśliwa gwiazda zniknęła za chmurami. Na szczęście zły czas minął, a pierwszym tego symptomem był powrót do zespołu Kjartana Sveinssona, którego nieobecność w zespole przez ponad 10 lat dało się odczuć. W atmosferze dobrze ukrywanego sekretu, zaczęto układać nowy materiał, którego efekty poznajemy dopiero teraz, w postaci płyty „ÁTTA”. Wcześniej prace skutecznie spowolnił lockdown, jako że zespół chciał ponownie wykorzystać do osiągnięcia nowego brzmienia pełną orkiestrę, tak jak w przypadku wspomnianego „Odin’s Raven Magic”. Ale w odróżnieniu od tamtej bombastycznej, epickiej produkcji, ÁTTA jest rzeczą mega-osobistą, intymną, wręcz introwertyczną (jeszcze bardziej, niż cokolwiek do czego niezbyt wylewni z natury Islandczycy nas przyzwyczaili). Perkusja praktycznie tu nie istnieje, co symbolicznie oddaje nieobecność Orriego. Ale, nie słychać też smyczka na gitarze. To coś nowego. „ÁTTA” brzmi dokładnie tak, jak możemy sobie to wyobrazić z opisu. Dawni przyjaciele, którzy osiągnęli w muzyce coś niebywale rzadkiego, a mianowicie swój własny, oryginalny, rozpoznawalny styl, ponownie spotkali się w jednym, ale zupełnie innym miejscu i czasie. Już nie mówimy o jałowych łąkach Islandii i studiu nagraniowym tuż obok gejzera. Teraz jesteśmy w Abbey Road w Londynie, a także w domowym studiu Jónsiego w Los Angeles i jeszcze w kilku innych miejscach na Ziemi. To już nie jest ta sama czystość, która doprowadziła 20 lat temu do dwóch albumów doskonałych, jednego z niebieską okładką, drugiego z białą. Wówczas zespół osiągnął w duszach swoich słuchaczy coś w rodzaju absolutu – PRAWDY, która wyzwoliła każde serce i uszy, do których dotarła. Każdy następny album był już czymś gorszym, drobniejszym, zwyczajniejszym, podyktowanym wpływami otoczenia i zmieniającym się etosem grupy, do której oczu ostatecznie zawitało, chcąc nie chcąc, widmo rozpadu.
Gdy jednak przyszedł ratunek w postaci Kjartana, pozostali członkowie zespołu, czyli Jónsi i Georg Holm stanęli na wysokości zadania, nagrywając album który ośmielę się nazwać najlepszym od czasu „niebieskiej” i „białej”. Albo może nie najlepszym, lecz najbardziej sugestywnym, pasującym, czystym. Mówiąc szczerze, w momencie gdy Sigur Rós osiągnęli swój zasłużony światowy sukces, a ich brzmienie stało się weselsze, bardziej trywialne, mainstreamowe, straciłem nimi swoje dawne zainteresowanie. Płyty takie jak „Valtari” czy „Með Suð Í Eyrum Við Spilum Endalaust” są ciekawe, ale na pewno nie porywają tak, jak kanon z początku XXI w. „ÁTTA” również nie porywa; ale jest to inna płyta, minimalistyczna, nowoczesna, nastrojowa, ilustracyjna, wręcz ambientowa. Brzmi tak, jakby łączyła dwa poboczne doświadczenia zespołu: orkiestrowość „Odin’s Raven Magic” z filmowością od „Angels of the Universe” po „Variations On Darkness”. Tak jakby ich projekty poboczne zajęły wreszcie główny tor.
„ÁTTĘ” podziwia się tak, jak muzykę dobrych znajomych Sigur Rós, takich jak Nils Frahm, Ólafur Arnalds, a nawet Hildur Guðnadóttir. To muzyka poważna, modern classical, niewidzialna, służąca za medytacyjne tło i codzienny masaż zmysłów. Nie oczekujcie przyspieszonego bicia serca; ono ma uspokoić się, wraz z kołyszącym głosem Jónskiego i tymi pięknymi scenografiami wymalowanymi smyczkami, klawiszami i dyskretną elektroniką. Czy porównanie „ÁTTA” do „Ghosteen” Nicka Cave’a jest przekonywujące? Moim zdaniem to siostrzane płyty, które mają pewne zadanie do wykonania w sercach swoich twórców. „ÁTTA” to piękna płyta, pielęgnująca tą dawną nutę czystości, niewinności i dziecięcych marzeń, jaka nas urzekła w muzyce Sigur Rós 20 lat temu z okładem. Teraz wracają do życia, po wielu przejściach, w zupełnie innej rzeczywistości, z zupełnie inną muzyką. A my, jako słuchacze, możemy w tym towarzyszyć i zabrać sobie coś z tego do serca, albowiem jest z czego.
JAKUB OŚLAK




