Slowdive - Everything Is Alive

Klasycy nurtu shoegaze wydali nową płytę, o której w naszej recenzji możecie przeczytać między innymi takie słowa: "Gdy poprzedni album poszedł tak dobrze, oczekiwania wobec kolejnego mogą być tylko wysokie. I "Everything Is Alive" im sprostał. To wybitna płyta".
Gdy mówi się o jakimś artyście, że wyprzedził swoje czasy, zwykle oznacza to hołd pośmiertny albo odkrycie go po długich latach pełnych frustracji, niezrozumienia i medialnej banicji. Wyprzedzić swój czas oznacza być wyrzutkiem, pośmiewiskiem, którego sztukę docenią dopiero kolejne pokolenia – i to one zgarną za nie brawa, gdy trafią we właściwy czas. Historia muzyki zna wiele takich przypadków, gdyż stanowią one początek późniejszych trendów, mód i stylów. Ale wśród tych odszczepieńców jest także kilka pozytywnych żywotów, które dzięki uporowi, motywacji i sile wciąż trwają i odzyskują czas, który wyprzedziły. Wśród nich – Slowdive. Zespół, który w pierwszym okresie swojej działalności (1989-1995) stworzył fundament swojej tożsamości i stylu zwanego shoegaze; ale przez ówczesną prasę muzyczną był miażdżony jako nudny, usypiający, bez pomysłu, ponury, rozczarowujący, etc.
Po trzech płytach muzycy Slowdive dali sobie spokój i zawiesili działalność, rozchodząc się po innych zespołach. Potrzeba było 22 lat, aby czas zaczął im sprzyjać, a współczesność odrobiła lekcję z hałaśliwych, rewitalizujących ścian gitar, dream-popowych eterycznych wokali, oraz tej firmowej niewinności z marzeń i filmów. Gdy w 2017 wydali swój czwarty album "Slowdive", przyszli jak po swoje, triumfalnie, ku powszechnym zachwytom. Wreszcie trafili w swój czas, a baza fanów, która w międzyczasie z fascynacją odkrywała ich stare nagrania okazała się wystarczająca, aby zapewnić im miejsce w nagłówkach festiwalowych plakatów. Niżej podpisany uważa wręcz, że ich powrotowy album to najlepsze, co kiedykolwiek nagrali, oraz jedna z najważniejszych płyt dekady. A teraz, po niespiesznych acz emocjonalnych 6 latach, przynoszą nam coś nowego, świeżego i wyczekanego.
Gdy poprzedni album poszedł tak dobrze, oczekiwania wobec kolejnego mogą być tylko wysokie. I "Everything Is Alive" im sprostał. To wybitna płyta. Możemy się po nim spodziewać ‘niemożliwej’ kombinacji alpejskiej – bycia innowacyjnym, a jednocześnie znajomym. Zespół dba o to, aby brzmieć ‘jak zawsze’, ale nie śpi we własnej klatce, tylko odważnie szuka pomysłów, dźwięków, rozwiązań. "Everything..." jest sequelem renesansu tego zespołu, oraz wyznacza jego dalszy kierunek. A ten jest bardziej popowy, przyjazny i nowoczesny, co potwierdziły „Kisses”. Dalej, „Alife” i „Skin in the Game” brzmią jakby pochodziły z lat 80., inspirowane Tears For Fears czy O.M.D. Do tego ta wypchnięta przed szereg elektronika. Zespół bez kompromisu z tożsamością przekłada swoje twórcze pryncypia na muzyczny język i nastrój współczesności, a marzenia w technikolorze same rozwijają skrzydła.
Najwyższa pora oddzielić nowe albumy od klasycznej trójki. "Just For A Day" było czystą kartą, ale niedopracowaną. "Souvlaki", esencja tamtego okresu, definiuje shoegaze – łatkę, która szybko zaczęła muzykom uwierać. "Pygmalion" był zbyt doświadczalny, przekombinowany. Ale Slowdive był już perfekcyjny. A "Everything..." potwierdza obowiązujący dziś styl zespołu, który nie okopuje się w dawnych dźwiękach i cyklicznych schematach, lecz wykorzystuje doświadczenie do nieustannego poszerzania swojego spektrum. Już ta okładka daje pewną podpowiedź: wcześniej obowiązywała czerń i melancholia, dziś epatują barwy, kształty, życie. Od pierwszego „Shanty”, przez zaskakujące „Prayer Remembered”, wiadomo, że będzie dobrze. Koniec z kolei jest inny - Slowdive zwykle finiszują po cichu, w fade-oucie; ale „The Slab” to grande finale, pełne ognia, hałasu, i sonicznego błysku.
Lider zespołu, Neil Halstead, nigdy nie ukrywał, że jego ambicją jest stworzyć coś wielkiego i ponadczasowego. Myślę, że to już się mu udało; dogonili wyprzedzony czas, dzięki czemu cieszą się sukcesem w sercach słuchaczy zapewnionym treścią, a nie marketingiem, z którym od zawsze byli na bakier. Slowdive to dziś nazwa obowiązkowa dla wielbicieli niezależności, zespół posiadający swój wyraźny, niepowtarzalny styl, który jak widać stale się zmienia, dopisuje nowe elementy. Czasem wystarczy kilka kropel, kilka dźwięków tej gitary z pogłosem, abyśmy rozpoznali kto ją obsługuje i co się zaraz zacznie. Każdy z tych numerów skrywa niespodziankę, chociażby „Chained To A Cloud” czy „Andalucia Plays”, jak i kod genetyczny Slowdive. Nie ma skoków przez rekina, ale nie ma stagnacji – to wciąż ta sama piękna przygoda, tu i teraz, do której wszyscy dokręcamy kolejne odcinki.
JAKUB OŚLAK



