Slowdive

27 stycznia 2024 roku grupa Slowdive zagra w warszawskim klubie Progresja. Będzie promowała płytę „Everything Is Alive”, która powstawała w trudnych warunkach okołocovidowych. Jest też naznaczona dużo większą ilością elektroniki, niż poprzednie dzieła zespołu. Razem z perkusistą Simonem Scottem rozmawiałem nie tylko o jej zawartości, ale także o poprzednim koncercie grupy, który dała w klubie Palladium przed 6 laty oraz o tym, jak zmienił się shoegaze na przestrzeni lat.
MM: Nad najnowszą płytą „Everything Is Alive” zaczęliście pracować w pandemii. Neil Halstead podobno zaczął pisać utwory przy użyciu syntezatorów, które pierwotnie miały być przeznaczone na jego solową płytę.
SS: To jednocześnie prawda i fałsz. Prawdą jest, że zaczęliśmy pracę nad nową muzyką na przełomie lutego i marca 2020. Co stało się chwilę później, wszyscy wiemy… Wykorzystywaliśmy wszystkie możliwe terminy i opcje, by ponownie wchodzić do studia i pracować nad kolejnymi pomysłami, ale ze względu na sytuację pandemiczną, były to działania skokowe. W tym czasie Neil kupił sobie jeden z głównych polifonicznych syntezatorów Mooga. Kilka pomysłów rzeczywiście stworzył przy jego użyciu. Nagrał je w formie demo w swoim domowym studiu. Było ich około 15. Przesłał je mnie z pytaniem, czy coś możemy z tego wykorzystać, ponieważ sam korzystam z modulatorów Mooga od jakichś 12 lat. Byłem podjarany, bo te pomysły były znakomite. Wszyscy w zespole lubimy muzykę elektroniczną. Christian (Savill, gitarzysta Slowdive – przyp. MM) jest wielkim fanem Kraftwerk. Wszyscy więc zaczęliśmy pracować nad tymi pomysłami i zastanawiać się, które z nich da się wykorzystać w Slowdive, bo Neil rzeczywiście początkowo myślał o wykorzystaniu ich w solowym projekcie – mimo iż nagrywa głównie muzykę folkową.
MM: Słuchając tej płyty, zastanawiałem się, ile czystych partii bębnów na nią nagrałeś, bo większość utworów wydaje się być oparta o elektroniczne bity perkusyjne?
SS: Nagrałem sporo partii, które zostały podzielone na mniejsze, a następnie zapętlone. Stąd pewnie masz takie wrażenie, że to niemalże automaty perkusyjne. Tworzyliśmy je w taki sposób, by nie zaburzały samych piosenek i by ich brzmienie nie stało zbytnio w kontrze do harmonii i gitar. Jedyny utwór, który zarejestrowaliśmy za pierwszym podejściem, to „Prayer Remembered”.
MM: To jedyny utwór instrumentalny na płycie.
SS: Tak, i wyszedł tak dobrze, że postanowiliśmy go zostawić w takiej formie, bez dodawania do niczego więcej. To do pozostałych utworów dogrywane były dodatkowe partie syntezatorów, gitar i harmonii wokalnych. Natomiast wracając do moich partii - chciałem, by większość brzmiała tak, jakbym grał je na żywo, nawet jeśli są nieco zapętlone. Teraz, gdy gramy koncerty, moje bębny brzmią w tych utworach znacznie bardziej dynamicznie, niż na płycie.
MM: To też daje inny odbiór „Everything Is Alive”. Mam wrażenie, że zwróciliście się bardziej w stronę dream popu, uciekając trochę od shoegaze’u.
SS: Wiem, co masz na myśli i powiem Ci, że jest to dla mnie trochę dziwne, bo w moim mniemaniu ta płyta ma swój duży ładunek ciężkości. Dla mnie jest ona oparta o bardziej eksperymentalną elektronikę, aniżeli o dream pop. Ale ponieważ jestem jednym z pięciu muzyków, którzy ją nagrywali, a dodatkowo jej nie produkowałem – mam do niej odmienne podejście. Przyznaję jednak, że „Kisses”, które nagraliśmy jako pierwsze, jest chyba najbardziej popowym utworem w dorobku Slowdive. Mieliśmy łącznie około 30 pomysłów na piosenki, z których 8 pasuje odpowiednio do tej płyty i dlatego się na niej znalazły. Dość radykalnie podeszliśmy do kwestii selekcji, ale cieszę się, że tak się stało, bo dzięki temu płyta jest bardzo spójna.
MM: W trakcie pandemii koronawirusa Rachel Goswell straciła matkę, a Ty ojca. Czy nagrywanie tej płyty miało jakąś formę terapii dla Was?
SS: Samo nagrywanie nie, ale teraz granie tych utworów na żywo pełni taką formę. To na pewno nie jest płyta pandemiczna. Nie jest też płytą traktującą o śmierci, czy o żałobie, jaką oboje z Rachel przechodziliśmy. Neil napisał wszystkie teksty, jest głównym twórcą tej płyty i jej aranżerem, ale gdy pytałem go o znaczenie na przykład utworu „The Slab”, stwierdził, że nie wie, o czym jest (śmiech). Nigdy też nie poznał mojego ojca. A to była jedna z najważniejszych osób w moim życiu, która miała wpływ na moją muzykę. Zawsze był gdzieś w tle tego, co robiłem. Nie będzie mógł usłyszeć, jak gram teraz te utwory…
MM: Wspomniałeś o „Kisses”, „The Slab" i „Prayer Remembered”, a co kryje się za najdłuższym utworem na płycie – „Andalucia Plays"?
SS: To jedyny utwór, w którym Neil zagrał na wszystkich instrumentach. Można go potraktować jako jego utwór solowy. Rachel nagrała do niego piękne wokale, co uczyniło go utworem Slowdive.
MM: Widziałem Was kilkukrotnie na żywo – głównie na OFF-Festivalu i raz w klubie. Mam wrażenie, że granie w klubach jest bliższe Slowdive.
SS: Zdecydowanie masz rację. Pamiętam koncert, który pewnie masz na myśli – w Palladium w Warszawie. To był wspaniały wieczór! Wszyscy byliśmy pod ogromnym wrażeniem nie tylko przyjęcia naszej muzyki, ale i atmosfery, która się wtedy wytworzyła. Lubimy grać na festiwalach, bo dzięki temu możemy dotrzeć z naszą muzyką do nowych słuchaczy, ale granie w klubach rzeczywiście jest nam bliższe.
MM: Slowdive wyrosło z nurtu shoegaze. Jesteście jednym z najbardziej znanych przedstawicieli tego muzycznego gatunku. Jak dziś, po ponad trzech dekadach postrzegasz tego typu muzykę?
SS: Ta muzyka zaszła znacznie dalej, niż wtedy, gdy my zaczynaliśmy ją grać. Wtedy byliśmy fanami Cocteau Twins i rzeczy, które wychodziły w 4AD. To było dekady temu… Shoegaze rozwinął się w różne strony – np. elektroniczną. Dan Lavery przeniósł ją w zupełnie nowy wymiar, a jest naszym fanem. Innym przykładem są Twoi rodacy z grupy Uphill, którzy nagrywają wspaniałą muzykę – właśnie przesłali mi swoją płytę do zmasterowania. Mają piękne piosenki, naznaczone shoegazem, ale i dream popem. Niesamowite, co da się osiągnąć tylko przy użyciu pedałów gitarowych, delayów i pogłosów (śmiech). Także wydaje mi się, że shoegaze zrobił po prostu świetną robotę. Poza tym sami dorobiliśmy się młodych fanów, którzy sięgają po naszą twórczość, bo usłyszeli ją na Tik-Toku. To bardzo pokrzepiające, bo nadaje sens naszej egzystencji także dla kolejnych pokoleń.
MM: Dziękuję za rozmowę.
SLOWDIVE - Warszawa, Progresja, 27.01.2024. Bilety: https://www.livenation.pl/artist-slowdive-940894
Foto: Ingrid Pop



