Sorry Boys - Renesans

Piąta płyta Sorry Boys zatytułowana „Renesans”, przynosi muzykę zdecydowanie najjaśniejszą i najbardziej pogodną z całego dorobku grupy.
Po dość bizantyjskiej „Romie” i rozkochanej „Miłości”, zespół postanowił poszybować ku górze. Stąd mamy dużo patosu, podniosłości i wysoce natchnionej narracji. Tę prowadzi na płycie Starry – alter ego wokalistki Beli Komoszyńskiej. Poznaliśmy ją na pierwszym singlu „Mapy Gwiazd” (polecam teledysk), który pojawił się w drugiej połowie sierpnia. Moja miłość nie ma granic/ Rozdaję ją na ulicach, w domach, wszystkim, którzy jej potrzebują/Ale tak naprawdę mam tylko ciebie wypowiadane dość ciężkim szeptem przez Belę, niejako wprowadzają w całość „Renesansu”. Jednak zaczyna ją właśnie utwór tytułowy – niemalże coldplayowy, ale z charakterystycznym sorryboysowym sznytem. Słowa Coś się zaczyna, coś się skończyło/Co z nami będzie/Ta nasza miłość/Nie może skończyć się/I tylko o to proszę cię brzmią może banalnie, ale w tej bezpośredniości jest sporo uroku.
W „Na Na Na” Starry próbuje się dodzwonić do ukochanej osoby, a z drugiej ‘tłumaczy’ zdaje się tytuł utworu słowami Ta melodia mi siedzi od lat/Ta melodia się śni. A to wszystko w dość nośnym, tanecznym i lekko wykręconym anturażu muzycznym. Refleksyjnie robi się natomiast w „Petrykorze”. Gdyby nie efekty ‘sprzęgające’ w refrenie, miałbym poważne wątpliwości, czy to rzeczywiście utwór Sorry Boys. Jedynym łącznikiem jest tu bowiem dość rozmarzony głos Beli, albowiem warstwa muzyczna przypomina nieco dawne dokonania… Smolika. Kapitalnie wypada z kolei „Fudżi”, który okazuje się jednym z najlepszych ‘nośników’ w dorobku grupy, a zarazem pieśnią drogi. Jego bujający rytm po prostu zapada w pamięci. Jest też poetyckie, klawiszowo-fortepianowe „Jakby Nigdy Nic”, które jest bodaj jedynym pomostem z dawnymi, mroczniejszymi dokonaniami grupy (zawiera nawet solo gitarowe!). A znane również z niedawno wydanego singla „Na Spalonym Moście”, przynosi jakiś rodzaj pociechy i nie chodzi tylko o słowa refrenu: A może jednak dzisiaj damy radę/Ze spalonego mostu się wydostać/Ja z podniesioną głową pójdę dalej/Choć mogłabym na zawsze tutaj zostać. Największą perłą na płycie jest jednak „Wenus” – delikatna, w dużej mierze akustyczna ballada, zaśpiewana przez Belę zarówno falsetem, jak i głosem dość minorowym. To idealna pieśń nie wieczorny spacer po… plaży. Album wieńczy „Moje Kochanie” – całkiem bogato inkrustowana muzycznie (smyki!) opowieść miłosna.
„Renesans” to niewiele ponad 30 minut muzyki, które niemalże w zupełności wystarcza. Sorry Boys kłaniają się tu tradycji muzyki pop na różne alternatywne sposoby, ale jak zwykle robią to z charakterystyczną gracją i bardzo autorskim podejściem.



