Swans - The Beggar

Grupa Swans powróciła po pandemicznej przerwie z nowym albumem studyjnym, który być może jest fonograficznym pożegnaniem jej lidera Michaela Giry z publicznością.
Od kiedy Swans powrócili do twórczego życia w 2010 r., każdy kolejny ich album był bardziej epicki, dłuższy, szalony… i jakby, finałowy. Wszystko, co wydarzyło się w ich dorobku od czasu renesansowego "The Seer" brzmi tak, jakby bój to był ich ostatni – i wymagał włożenia weń całego swojego serca. To dobrze świadczy o Michaelu Girze i jego niestabilnej trupie asystentów w sztuce, jeżeli w każdy album wkładają maksimum krwi, potu i łez; dzięki temu nie tylko ja, ale każdy sympatyk ich okresu ‘po powrocie’ w zasadzie kupuje każdy nowy album w ciemno. Możemy myśleć o Girze jako o człowieku co chcemy – ale płyty, które dostarcza nam nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Nieważne, czy mówimy o "The Great Annihilator", "Soundtracks For The Blind", czy "To Be Kind" – Gira i Swans zapewniają emocjonalny drenaż dzięki rozbudowanym, transowym, ‘męczącym’ kompozycjom, upakowanym w długie, epickie albumy. Nie inaczej jest z ich najnowszym "The Beggar".
Głównym przyczynkiem powstania tego albumu była oczywiście epidemia Covid-19 i towarzyszący jej globalny lockdown. Zamrożony biznes koncertowy, odwołane trasy i zamknięcie w domach nie ominęło także Swans; ale to, co najbardziej dobijało Michaela Girę, to czekanie. Jak sam opowiadał, nadmiar wolnego czasu przełożył się na lęk przed niewiadomym rozwiązaniem tej kabały i otępiającym czekaniem na pozytywny zwrot akcji. W tych emocjach postanowił zacząć komponować nowy materiał, aby nie tylko nie tracić czasu, ale też dać wyraz i ujście tym dziwnym, obcym emocjom. Słuchając "The Beggar" od początku da się wyczuć ten jego specyficzny kontekst i inspiracja: album jest stonowany, akustyczny, będący jakby rozbudowaną wersją twórczości Giry solo – tylko on i gitara akustyczna. Kolejne kompozycje nadal bezbłędnie odznaczają się tym wspomnianym drenażem emocjonalnym; ale tym razem, mam wrażenie, ich autor jest szczerze zmęczony i zrezygnowany.
O ile każdy z ostatnich albumów Swans miał siłę uderzenia Wielkiego Wybuchu, o tyle "The Beggar" to Wielki Jęk. Gira po raz kolejny przewietrzył skład formacji, zatrudniając muzyków, z którymi w większości pracował w przeszłości w The Angels of Light – ‘tymczasowym’ zespole, który na linii czasu oddziela okres ‘starych’ Swans od ‘nowych’. Angels odróżniali się od Swans właśnie swoim gruntownie akustycznym, folkującym brzmieniem, które dzięki "The Beggar" zostało wmieszane w typowy dla Swans hałas, eksperyment, trans, industrial, a nawet post-rock. Nowa płyta brzmi tak, jakby muzycy nagrywali ją w domu, oddając tą atmosferę lockdownu, zebrani wokół głównego bohatera, który wyciąga serce przez gardło i rzuca gapiom na pożarcie. Michael Gira dobiega 70-tki i być może czuje presję upływającego czasu. Jego teksty można oczywiście różnie interpretować, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tym razem naprawdę przekazuje nam swoje ostatnie słowa.
"The Beggar" budzi moje skojarzenia z dwoma jakże istotnymi grupami. Po pierwsze, A Silver Mt. Zion, akustyczne oblicze Godspeed You! Black Emperor. Po drugie, Nick Cave & The Bad Seeds, a konkretnie ich album "Ghosteen", epicki w rozmiarze i gorzki w wydźwięku po zetknięciu się autora ze zjawiskiem ostatecznym. "The Beggar" to nie tylko lęki, jęki i gorzki żal; to także swoiste requiem, które słychać w drugiej części albumu, za sprawą trwającej blisko 44 minuty super-kompozycji „The Beggar Lover (Three)”. Wyróżniam go nie tylko za sprawą rozmiarów, ale też rozmachu i siły artystycznej. To jakby płyta w płycie i pełnowymiarowa manifestacja mocy, jaka nadal drzemie w Swans – oczyszczająca, niebezpieczna, piękna i ostateczna. Nie wiem, czy podejrzenie Giry o systematyczne wygaszanie świateł jest uzasadnione (w końcu, jest o to podejrzewany od co najmniej trzech albumów); ale jeśli tak jest, to styl w jakim to się dzieje jest godny prawdziwie wielkiego finału.
JAKUB OŚLAK



