The Black Keys - No Rain No Flowers

„No Rain, No Flowers”, to 13 album w dorobku duetu z Ohio.
W ubiegłym roku zespół zwolnił niespodziewanie swój management, odwołując przy okazji szereg koncertów. Co więcej – do tworzenia nowego materiału po raz pierwszy zaprosili człowieka z zewnątrz - Ricka Nowelsa, legendę songwritingu, znanego ze współpracy z FKA Twigs, Carlosem Santaną, czy Dido. Jak to przełożyło się na jego zawartość?
Przede wszystkim utwory mają wyraźny sznyt popowy, ale nie tylko. W otwierającym album numerze tytułowym, mimo ‘podnóżkowego’ charakteru, pobrzmiewają też nieznaczne elementy kwaśnej psychodelii. Jeszcze chwytliwej jest w znanym z singla „The Night Before”, który krzyżuje brzmienia garażowe z... musicalem! Odrobinę pewnego niepokoju przynosi natomiast dość prosty rytmicznie „Babygirl”. Z kolei klimatyczny, późnoletni „Down To Nothing”, przenosi w jakiś sposób na plażę nie tylko w Venice, ale i na Florydę. Zabawy z formułą pojawiają się zaś począwszy od również znanego z niedawnego singla „On Repeat”, gdzie beachboysowa struktura miesza się beatlesową melodyką. Można by zatem rzec, że Dan Auerbach i Patrick Carney połączyli tu dwa najlepsze wzorce w historii krótkich form rockowych. A gdy dołożymy do tego posłodzone „Make You Mine”, przebojowo-zmutowany „Man On A Mission” (najprostszy patent na refren, ale jakże skuteczny!) i bajkowy „Kiss It”, okaże się, że The Black Keys mogą (jeszcze) swobodnie podążać ścieżką czystego popu. Dobarwia to wszystko soulowy „All My Life”, kowbojsko-funkujący „A Little Too High” oraz zamykająca urokliwa, nostalgiczna ballada „Neon Moon” z wyraźnymi wpływami południa.
The Black Keys nie muszą niczego udowadniać, choć słuchając „No Rain, No Flowers” odnosi się wrażenie, że rzucili wyzwanie przede wszystkim sami sobie. Rezultat jest zgrabny i dość spójny, aczkolwiek brakuje mu w wielu momentach elementów zaskoczenia.
MACIEJ MAJEWSKI




